Weźmy takie fotoradary. Z definicji jest to instrument służący poprawie bezpieczeństwa. W cywilizowanym świecie wymyślono, że kierowcy będą dzięki nim zwalniać. A ci, którzy tego nie zrobią, zostaną surowo ukarani, pozwalając upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – zadziałać na pirata prewencyjnie, a pieniędzmi z jego kieszeni sfinansować kolejne działania na rzecz bezpieczeństwa. Ale – jak pokazuje polski przykład – poprzestanie na dwóch pieczeniach to brak inwencji i marnotrawstwo.

U nas można dać fotoradary straży miejskiej, by łatała dziurę w budżecie lokalnego samorządu. A urządzenia, którymi zawiaduje Inspekcja Transportu Drogowego, mogą posłużyć do dotowania banków i firm leasingowych. Bo zawsze gdy urządzenie sfotografuje auto leasingowane, ITD zwraca się do leasingodawcy z prośbą o wskazanie kierującego. Ten odpowiada, że posiadaczem jest firma X, i obciąża ją kosztami za udzielenie informacji. Jeśli nie zapłaci w terminie, sprawa trafi do sądu. I leasingobiorca zapłaci mandat, opłatę dla leasingodawcy oraz koszty sądowe.

Malkontenci powiedzą, że to niepotrzebne mnożenie kosztów i drenaż kieszeni, bo inspekcja może takie dane pobrać bezpłatnie z publicznego rejestru (gdyby urzędnicy zawiadujący Centralną Ewidencją Pojazdów zadbali o jej aktualność i rzetelność). Ja wierzę, że jest w tym głębszy sens, i wykrzyknę za Galileuszem – a jednak się kręci! I dzięki temu rośnie nam PKB.