Wniosek premiera dotyczy tylko pewnego wycinka polityki zagranicznej, tj. określenia urzedu władnego do określania składu delegacji na posiedzenia Rady Europejskiej oraz prezentowania w tym gremium stanowiska Rzeczypospolitej Polskiej. Wniosek został skonstruowany na kanwie konkretnego stanu faktycznego: kiedy to prezydent wziął udział w posiedzeniu Rady Europejskiej w dniach 15-16 października 2008 r. wbrew stanowisku premiera. Sentencja orzeczenia TK będzie zatem dotyczyła w zasadzie tylko tej kwestii.

Wyrzut

Trudno zatem wymagać od TK, aby przy okazji rozpatrywania tej sprawy dał receptę na wszelkie mankamenty w relacjach między premierem a prezydentem.

Kompetencje prezydenta

Jednakże wypowiedź Trybunału może być kamieniem milowym dla rozumienia relacji pomiędzy prezydentem a Radą Ministrów. Stałoby się tak, gdyby Trybunał dokonał sądowej wykładni dwóch zupełnie kluczowych przepisów konstytucyjnych: art. 126 oraz 146, które wyznaczają pozycję ustrojową obydwu organów. Dodać wypada, że treść tych przepisów oraz ich znaczenie prawne nie budzi większych sporów w nauce prawa.

Artykuł 126 (określający m. in. prezydenta jako najwyższego przedstawiciela państwa) zgodnie jest bowiem uznawany w doktrynie prawa jako zawierający jedynie charakterystykę ustrojową prezydenta oraz wskazanie jego zadań. Natomiast nie tworzy on dla prezydenta żadnych kompetencji. Jego znaczenie polega na określeniu celów, którym ma służyć skorzystanie przez prezydenta z jakiegokolwiek uprawnienia przyznanego mu w innych artykułach konstytucji. Do tych kompetencji nie należy prowadzenie ani wewnętrznej, ani zewnętrznej polityki państwa, zastrzeżone w art. 146 wyłącznie dla Rady Ministrów.

Przesadna wiara w moc prawa

Zabranie głosu przez Trybunał w tym zakresie być może podważy regularnie ponawiane postulaty, ażeby dokonać zmian w systemie rządów ustanowionych w Konstytucji z 2 kwietnia 1997 roku. Dotyczy to zwłaszcza relacji pomiędzy prezydentem a rządem. Wielu zwolenników zmian cechuje przesadna wiara w moc regulacji prawnej. Niektórzy idą dalej i żonglują gotowymi receptami rozwiązania problemów praktyki ustrojowej. Recepty te zaklęte są w hasła: „system rządów kanclerskich”, „system prezydencki”, „system parlamentarny”.

Ale przecież modele systemu rządów (kanclerski, półprezydencki, parlamentarny) to jedynie twory teoretyków ustroju. Zatem szarżowanie gotowymi hasłami jest mało przydatne. W Polsce obowiązuje zracjonalizowany system parlamentarny z elementami systemu prezydenckiego.

Rezygnacja z wyborów powszechnych

Konsekwentne zrealizowanie koncepcji rządów kanclerskich (co jest częstym postulatem), wymaga co najmniej zrezygnowania z instytucji powszechnych wyborów prezydenta. Wydaje się, że właśnie ten element rozbija spójność przyjętego obecnie systemu rządów, gdyż legitymowany w powszechnych wyborach prezydent z trudem „mieści się” w skąpym gorsecie kompetencji konstytucyjnych. Konstytucja wprawdzie szczodrze wyposaża go w funkcje ustrojowe, nie tylko klasycznej głowy państwa, ale także arbitra politycznego (gwaranta ciągłości władzy, strażnika konstytucji, suwerenności, bezpieczeństwa państwa), jednak nie znajdują one pokrycia w konkretnych uprawnieniach.