Problem z polskim sprzeciwem nie wynika z faktu jego użycia, lecz z momentu, w którym do tego dochodzi.
Reklama
W używaniu „prawa do sprzeciwu”, jak nazywa unijne weto premier Mateusz Morawiecki, nie ma nic nadzwyczajnego. Kraje robią to cały czas, także w negocjacjach budżetowych. Problem z polskim wetem nie wynika z faktu jego użycia, lecz z momentu, w którym do tego dochodzi – na negocjacyjnym finiszu, w którym Unia Europejska ma mocno skrępowane ruchy i z trudnością może wykonać krok w stronę Polski.
W ocenie Lucasa Guttenberga z think thanku Centrum Jacques’a Delorsa sprzeciw wobec pakietu budżetowego de facto oznacza dzisiaj polityczną izolację. – Negocjacje w UE są prowadzone w sposób bardzo otwarty, każde państwo członkowskie jest wysłuchane. Ale jest taki moment, w którym wszyscy muszą dojść do porozumienia i nie można tego odkładać bez konsekwencji. Jeśli ktoś decyduje się wspiąć na drzewo, to musi pamiętać, że będzie musiał z niego zejść o własnych siłach – mówi. Ekspert przypomina, że Polska i Węgry zgodziły się na mechanizm praworządnościowy na szczycie w lipcu tego roku, chociaż dziś oba rządy przyznają się do tego niechętnie. Jego zdaniem ustępstwa wobec naszego kraju w dotychczasowych negocjacjach były znaczące. Po pierwsze, pieniądze zaproponowane nam w ramach funduszu odbudowy są większe, niż mogłoby to wynikać z prognoz gospodarczych dla Polski publikowanych wiosną i latem. Po drugie, niemiecka prezydencja poszła na rękę Warszawie, osłabiając po lipcowym szczycie rozporządzenie wiążące fundusze z praworządnością. Berlin musiał potem ustąpić Parlamentowi Europejskiemu, ale i tak ostateczna wersja mechanizmu jest znacznie łagodniejsza od tego, co proponowano pierwotnie dwa lata temu.
O tym, jakie nastroje panują w europejskich stolicach po poniedziałkowym wecie Węgier i Polski, można się było przekonać podczas publicznego wysłuchania ministrów europejskich dzień później. Za Budapesztem i Warszawą nie wstawił się nikt. Wielu dyplomatów nie ukrywało zniecierpliwienia i rozczarowania postawą obu stolic. – Jesteśmy na skraju gospodarczej, społecznej i finansowej katastrofy w wielu krajach. To nie jest czas na polityczne gierki – mówiła Ana Paula Zacarias, dyplomatka z Portugalii. Jej głos jest tym istotniejszy, że na początku przyszłego roku to Lizbona przejmie od Berlina przewodnictwo w Radzie UE i będzie odpowiedzialna za ewentualne dalsze negocjacje. Niektórzy politycy obozu rządzącego w Polsce sądzili, że Portugalia będzie gotowa do większych ustępstw w sprawie mechanizmu praworządności, bo znajduje się w gronie państw najpilniej potrzebujących zastrzyku gotówki.
Politycy w Warszawie i Budapeszcie liczyli też na Słowenię – premier tego kraju Janez Janša ostatnio krytycznie wypowiedział się na temat pomysłu powiązania europejskich pieniędzy z praworządnością. Lublana przejmie unijną prezydencję od Portugalczyków w drugiej połowie przyszłego roku, co jest dość odległą perspektywą, jeśli chodzi o negocjacje budżetowe. Przedstawiciel słoweńskiego rządu w czasie posiedzenia ministrów europejskich był jednak daleki od udzielania wsparcia. Nawoływał do porozumienia w ciągu nadchodzących tygodni, licząc na zawarcie kompromisu. I chociaż ministrowie nie komentowali nawzajem swoich wystąpień, prowadzący sesję Michael Roth, minister spraw europejskich Niemiec, nie wytrzymał, kiedy szefowa resortu sprawiedliwości Węgier Judit Varga powiedziała, że jej kraj nie akceptuje ideologicznego szantażu ze strony UE. – Praworządność to nie ideologia – odparł Roth.
Zaskoczenie i irytacja ministrów zdziwiła przedstawiciela naszego rządu Konrada Szymańskiego. Przypomniał swoim kolegom, że Polska ostrzegała przed naruszaniem kruchego kompromisu osiągniętego podczas lipcowego szczytu. – Wszyscy dobrze wiedzieliście, że kwestia warunkowości była wśród priorytetów i wrażliwości Polski – mówił. Wynegocjowany pakiet nazwał „całkiem dobrym” pod względem finansowym. Problemem jest brak pewności prawnej i przewidywalności mechanizmu w kształcie wypracowanym przez Parlament Europejski i niemiecką prezydencję. – Nikt nie powinien być zaskoczony rozwojem wypadków, bo wiele razy mówiliśmy, że lipcowy kompromis jest bardzo kruchy i że powinniście być bardzo ostrożni. Jeden krok dzieli nas od porozumienia, ale to krok dla nas fundamentalny – oświadczył polski minister.
Jego wystąpienie odebrano jako konstruktywne. Zsolt Darvas z brukselskiego think tanku Bruegel jest zdania, że polski rząd może zgodzić się na kompromis, ale o wiele większym kłopotem dla UE będzie Viktor Orbán, który rozpoczął wielką kampanię propagandową w kraju przeciwko powiązaniu europejskich pieniędzy z praworządnością. To może oznaczać, że Budapeszt do końca będzie dążył do wycofania lub gruntownej zmiany rozporządzenia i pójdzie na totalne zwarcie z Europą.
Ale polscy politycy na swoim podwórku także nie przebierają w słowach. Pod hasłem „weto albo śmierć” namawiał do blokowania porozumienia lider Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro. Dwa dni później w mocnym wystąpieniu w Sejmie premier Mateusz Morawiecki nazwał praworządność i jej łamanie „propagandową pałką UE”. Prawo i Sprawiedliwość przygotowało też w Sejmie uchwałę, w której wyraża uznanie dla polskiego weta – gest symboliczny przed czwartkowym wideoszczytem unijnych przywódców.
Pozostaje pytanie, jak daleko Wspólnota może pójść na rękę Warszawie i Budapesztowi. Na razie Niemcy trzymają rozporządzenie wiążące europieniądze z praworządnością w szafie i nie będą go poddawać pod ostateczne głosowanie w Radzie UE. Traktują je wraz z zawetowanym przez Polskę i Węgry budżetem jako pakiet. Powrócą do rozporządzenia po negocjacjach z obiema stolicami. Szanse na zmianę jego treści są jednak bardzo małe. Ostateczne głosowanie w Radzie UE, po politycznym porozumieniu z Parlamentem Europejskim, jest traktowane jako formalność. Eksperci, z którymi rozmawialiśmy, nie znają przypadków, by jego wynik był inny niż wcześniejsze ustalenia polityczne z PE. Co więcej, również izba ma możliwość zawetowania budżetu, jeśli powiązanie funduszy z praworządnością nie poszłoby po jej myśli. Zamiast więc otwierać puszkę Pandory, Niemcy postawią na deklaracje i zapewnienia.
Jak mówi Zsolt Darvas, przed rządami polskim i węgierskim stanie alternatywa: albo zadowolą się kompromisem w sprawie praworządności i wycofają weto, albo pozbawią się dopływu europejskich środków i trafią na unijny margines. Czas na porozumienie jest do końca roku, kiedy obowiązuje jeszcze stara perspektywa budżetowa. Potem UE stanie przed koniecznością zarządzania kryzysowego eurofinansami. Już dzisiaj spekuluje się o powołaniu funduszu odbudowy bez Polski i Węgier, w ramach umowy międzyrządowej. Dla Warszawy i Budapesztu pozostałyby pieniądze z prowizorium budżetowego, które zabezpieczą dopłaty dla rolników i zapewnią fundusze strukturalne na już rozpoczęte projekty. O nowych środkach nie może być jednak mowy.
Dopóki nie będzie nowych ram finansowych, dopóty nie będzie możliwości zaprogramowania nowych funduszy. – Będą stare pieniądze z obecnego budżetu, ale nie widzę szans, by inne kraje zgodziły się na nowe fundusze strukturalne, jeśli nie będzie zgody na cały pakiet – podkreśla Lucas Guttenberg. Zwłaszcza że zablokowana przez Warszawę i Budapeszt decyzja dotycząca środków własnych zawiera rabaty dla płatników netto. Jeśli Węgry i Polska będą nadal blokować ten pakiet, Holandia, Austria, Dania, Szwecja i Niemcy nie otrzymają w nowym roku rabatów przyznawanych największym płatnikom netto od czasów brytyjskiej premier Margaret Thatcher. To z kolei oznacza, że nie będzie politycznej woli, by jakiekolwiek nowe pieniądze popłynęły od stycznia. Zakładanie więc, że status quo jest lepsze dla Polski, jest nierozsądne.
Guttenbergowi polskie i węgierskie działania przypominają kryzys euro i negocjacje dotyczące unieważnienia greckiego długu, prowadzone w brawurowym stylu przez ówczesnego greckiego ministra finansów Janisa Warufakisa. – Alternatywą dla szukania porozumienia jest zajęcie miejsca, w którym pozostajesz odizolowany. Warufakis próbował tej gry, by wyjść z kryzysu, ale mu się nie udało. Nie chodzi o ukaranie Węgier i Polski, ale UE jest w sytuacji, kiedy reszcie naprawdę trudno pójść na ustępstwa, które nie byłyby postrzegane jako unieważniające cały kompromis – podkreśla. Porozumienie, chociaż będzie o nie trudno, jest w interesie wszystkich, także Polski i Węgier.