Spór o granice wolności wypowiedzi, czyli instrumentalna „mowa nienawiści”

autor: Karolina Pawłowska10.03.2020, 13:36; Aktualizacja: 13.03.2020, 10:53
Czy pojęcie „mowy nienawiści” to zatem prawnicze superfluum? Wątpliwości budzi również to, że mowa nienawiści nie ma prawnej definicji, mimo że jest coraz powszechniej i szerzej stosowane, szczególnie przez środowiska lewicowe i sprzyjające im organizacje międzynarodowe.

Czy pojęcie „mowy nienawiści” to zatem prawnicze superfluum? Wątpliwości budzi również to, że mowa nienawiści nie ma prawnej definicji, mimo że jest coraz powszechniej i szerzej stosowane, szczególnie przez środowiska lewicowe i sprzyjające im organizacje międzynarodowe.źródło: ShutterStock

Konieczność potępienia skrajnych, agresywnych sformułowań nie budzi wątpliwości, powstaje jednak pytanie o prawdziwy cel stworzenia tej koncepcji.

S pór o granice wolności wypowiedzi sięga do samego pytania o istotę demokracji i wolności słowa. Dziś jednym z głównych elementów tego sporu jest koncepcja „mowy nienawiści”, której celem – jak wskazują jej twórcy i propagatorzy – ma być ochrona osób należących do grup mniejszościowych przed nienawiścią i przemocą poprzez penalizację pewnych rodzajów wypowiedzi. Choć konieczność potępienia skrajnych, agresywnych sformułowań nie budzi wątpliwości, powstaje pytanie o prawdziwy cel stworzenia tej koncepcji. Trzeba bowiem jasno przypomnieć, że wszelkie groźby czy zniesławienia powszechnie podlegają karom określonym w kodeksach karnych. Zakazane jest również obrażanie uczuć religijnych. Czy pojęcie „mowy nienawiści” to zatem prawnicze superfluum? Wątpliwości budzi również to, że mowa nienawiści nie ma prawnej definicji, mimo że jest coraz powszechniej i szerzej stosowane, szczególnie przez środowiska lewicowe i sprzyjające im organizacje międzynarodowe.

Demokracja wartości czy relatywizm?

Aby zrozumieć kontekst przyjęcia na forum międzynarodowym pierwszych postanowień formułujących zakaz szerzenia mowy nienawiści, należy cofnąć się do pierwszej połowy XX w. To właśnie w tym czasie dominujące na przełomie XIX i XX w. poglądy o całkowicie konsensualnym i relatywistycznym charakterze norm prawnych zderzyły się z okrutną rzeczywistością. Skrajnie formalistyczne koncepcje, takie jak normatywizm Hansa Kelsena, pozbawiające prawo jakiejkolwiek treści moralnej oraz pokładające bezwzględną wiarę w mechanizmy i procedury okazały się nie tylko błędne, lecz także zgubne. Ostatecznie bowiem rozpadły się one jak domek z kart w wyniku dojścia w majestacie prawa do władzy nazistów.

Pustka w debacie prawnej, która pozostała po próbie wyrugowania obiektywnych wartości z porządku społecznego, okazała się więc tragiczna w skutkach. Od tej pory bowiem jedynym hamulcem dla działań ludzi miało stać się prawo pozytywne, którego treść jest w pełni zależna od decyzji suwerena. To suweren – państwo lub organizacja międzynarodowa – ma wyznaczać granice wolności, w tym słowa. Próbą odpowiedzi na potrzebę wskazania jakiegoś „minimum” prawa naturalnego, która miała chronić przed powtórzeniem się tragicznego scenariusza II wojny światowej miało być stworzenie międzynarodowych traktatów kodyfikujących prawa człowieka.


Pozostało jeszcze 31% treści

2 dostępy do wydania cyfrowego DGP w cenie
9,80 zł Za pierwszy miesiąc.
Oferta autoodnawialna
PRENUMERATA 2020
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie

Polecane