Spółka partnerska stała się ostatnio przedmiotem manipulacji ustawodawcy. Została wprowadzona do naszego prawa stosunkowo niedawno, a już zaczyna przeszkadzać.
Może to tak już jest, że jak coś spokojnie stoi z boku, to w końcu i jego dopadnie. Przypomnę zmianę wchodzącą w życie 1 marca 2019 r., zgodnie z którą do art. 97 dodano par. 3: „Członkiem zarządu jest co najmniej jeden partner. Członkiem zarządu może być także osoba trzecia”. O bezsensowności takiego rozwiązania pisałem dwa miesiące temu („Prezenty na gwiazdkę” DGP z 18 grudnia 2018 r.). Pomysł na przymuszanie wspólników do udziału w zarządzie i oczywista oczywistość, że takim członkiem zarządu może być osoba trzecia, gdyż żadna norma tego nie zabrania, czyni go kompletnie chybionym.
Natomiast na prima aprilis wchodzi inna zmiana, która wymaga, aby zatrzymać się nad nią na chwilę. Otóż w ustawie z 9 listopada 2018 r. o zmianie ustawy o działalności leczniczej oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r. poz. 2219) – a jakże mogłoby być inaczej – poczesne miejsce poświęcono fizjoterapeutom. Ni mniej, ni więcej uznano ten zawód za wolny w rozumieniu art. 88 k.s.h. Pytanie o wolność takiego zawodu jest o tyle trudne, że kategoria taka w kodeksie spółek handlowych jest czymś pustym, niemającym desygnatu normatywnego. Brak jest bowiem wyjaśnienia, co pojęcie wolnego zawodu oznacza. Jak już kiedyś o tym pisałem, kodeks spółek handlowych tworzy mit wolnych zawodów, sam nie kreując bezpośrednio takiej kategorii. W istocie termin ten niewiele znaczy, bo bardziej odnosi się do zawodów uregulowanych ustawowo. Bardzo trudno też o wskazanie wszystkich cech wspólnych, które byłyby swoistym iunctim dla wolnych zawodów, poza tym, że są one wymienione w art. 88 k.s.h.
Reklama
Niewątpliwie od 1 kwietnia 2019 r. fizjoterapeuta będzie wolnym zawodem, ale nie będą nimi: dziennikarz, aktor, aktuariusz czy makler ubezpieczeniowy, choć makler papierów wartościowych już tak. Jako kuriozalna jawi się też propozycja takich zmian w art. 88 k.s.h. (co prawda doktrynalna, a nie ustawowa), aby katalog wolnych zawodów wykonywanych w spółce partnerskiej zaktualizować ze względu na formy żeńskie i męskie. Co oczywiste, lista 23 wymienionych tzw. wolnych zawodów zwiększyłaby się do 46, odpowiednio: adwokat – adwokatka, aptekarz – aptekarka, inżynier – inżynierka budownictwa itd. Takimi propozycjami przekracza się rubikon rozsądku.
Ale czas wrócić do nowelizacji ustawy z 9 listopada 2018 r. Jej sens sprowadza się do dodania do katalogu wolnych zawodów fizjoterapeuty. Ustawodawca od razu popełnia więc błąd, bo nie uwzględnia fizjoterapeutki. Mój problem z fizjoterapeutą jest inny, gdyż dotyczy zarówno zasad techniki, jak i logiki prawotwórczej. Co prawda w art. 88 k.s.h. już dwukrotnie logikę budowy przepisu zburzono, czym się nie zajmowałem, bo nie pisałem wtedy felietonów. Pozwala mi się to popastwić tylko nad fizjoterapeutą. Chodzi o alfabet, a właściwie ukrytą dywersję, wręcz próbę jego zmiany. I to naszego polskiego alfabetu, co można uznać za niepatriotyczne. Czy więc może mamy nowy polski alfabet? Fizjoterapeuta na liście wolnych zawodów został umieszczony między literą „p” a „r”. Pośpieszyłem więc do przeglądu innych alfabetów, aby usytuować literę f. W alfabecie łacińskim, angielskim, niemieckim, słowackim znajduje się między „e” a „g”, czyli tak jak u nas kiedyś. Pomyślałem więc, że na przesunięcie pod koniec alfabetu miał wpływ alfabet grecki, gdzie F (fi) znajduje się między Y (ypsilon) a X (chi), na czwartym miejscu od końca. Jednakże to chyba słabe uzasadnienie dla usytuowania fizjoterapeuty między położną a radcą prawnym, rozumiałbym jeszcze próbę wciśnięcia terapeuty między pielęgniarkę a położną, gdyż ustawa o działalności leczniczej odnosi się również do pielęgniarki. Jednak nie. Fizjoterapeuta znalazł się przy położnej, ale dlaczego przy radcy prawnym? Skoro podmiotem wykonującym działalność leczniczą może być też lekarz, to może fizjoterapeucie lepiej byłoby między lekarzem a lekarzem dentystą? Doprawdy nie wiem. A może tu nie chodzi o nowy polski alfabet, ale o coś zupełnie innego. Nie posądzam twórców ustaw o nieznajomość alfabetu, bo to w końcu materia pierwszej klasy szkoły podstawowej, ale o niechlujstwo i nieznajomość zasad legislacyjnych – tak. Skoro ustawodawca w art. 88 k.s.h. w pierwotnej wersji z 2001 r. starannie ułożył wolne zawody w porządku alfabetycznym, od adwokata do tłumacza przysięgłego, dbając o to, aby nic się nie pomieszało, to czemu fizjoterapeuta (o inżynierze budownictwa i maklerze papierów wartościowych nie wspomnę) nie mógł znaleźć się po doradcy podatkowym, zgodnie z polskim alfabetem? Nie mógł, bo istnieją jakieś niezbadane, charakterystyczne tylko dla polskiego systemu tworzenia prawa zasady, pozwalające wtulić fizjoterapeutę (i chyba fizjoterapeutkę) między położną (nie położnego) a radcę prawnego (nie radczynię prawną).
Na marginesie warto wspomnieć o jeszcze innym zjawisku. Wszystkowiedzących bezrefleksyjnych. W prawie aż się roi od różnego rodzaju objaśniaczy przepisów, którzy chcą wypowiadać się na każdy temat. Nie są oni uczestnikami procesu legislacyjnego, nie znają doktryny i orzecznictwa, ale za to bezrefleksyjnie i bezkrytycznie objaśniają pojawiające się przepisy. Wypowiadają się „prawnicy” z kancelarii X, Y, Z, ale dowiedzieć się czegokolwiek z ich wypowiedzi nie jesteśmy w stanie. Taką właśnie znalazłem w styczniu, gdzie omawiano w jednej z codziennych gazet (nie chodzi o DGP) noworoczne nowości kodeksowe. To nic, że omawiane przepisy wchodzą w życie w większości 1 marca 2019 r. (chodzi o słynną ustawę o wprowadzeniu uproszczeń w prawie podatkowym i gospodarczym [sic!]). Przepisanie beznadziejnego uzasadnienia ustawy, które przygotowało Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, to cały wkład w publikację. A może warto byłoby wyraźnie napisać o tym, że niestety prawo handlowe nie jest tworzone zgodnie z ustalonymi potrzebami przedsiębiorców, ale tylko dlatego, że ktoś kiedyś zapowiedział zmiany i nowości (dotyczy to choćby słynnej PSA). Wola polityczna decyduje o potrzebie zmian. I choć te zapowiedzi padły ponad trzy lata temu, to bez jakiejkolwiek refleksji realizuje się to, co dziś nie ma sensu. A prawnicy tylko w tym pomagają. Między innymi poprzez wypowiedzi pokazujące wyraźne braki merytoryczne. Nie wystarczy napisać, co się w ustawie znajduje, bo każdy prawniczy kretyn to potrafi. Natomiast napisać, dlaczego jest tak, a nie inaczej, jak się to ma do systemu przepisów, jakie są powody zmian, jakie są ich skutki, to już zbyt wiele. Wypowiadając się bez sensu, reklamuje się przy okazji kancelarię, którą się reprezentuje (choć dla mnie to antyreklama i często deprecjonowanie dotychczasowych jej osiągnięć). Dlatego apeluję: uczyć się więcej, rozumieć więcej, a nie tylko bezrefleksyjnie powtarzać głupoty, które nie powinny być ważne tylko dlatego, że pochodzą od władzy. Nie miejmy więc pretensji, my, prawnicy, do oceny kondycji naszego zawodu, gdzie coraz większą rolkę odgrywają felczerzy prawa, którzy skończyli de facto kursy prawnicze, a nie prawdziwe studia.
Przywołany przykład tworzenia prawa potwierdza jego stan. Powoli przyzwyczajamy się do niechlujstwa prawnego, już ono nie dziwi. Tak jak nie dziwi ilość głupich wypowiedzi prawników. Pewnie dziwi moje czepianie się wszystkiego. Najgorsze jest jednak to, że my, prawnicy, nie tylko nie mówimy już tym samym językiem, ale okazuje się, że używamy również innego alfabetu.