W najbliższych tygodniach partia może wznowić prace nad budzącą kontrowersje ustawą zakazującą hodowli zwierząt z przeznaczeniem na futra. Częściowo może to być efekt wojny, jaką z branżą prowadzą ekolodzy.
W obozie rządzącym na razie nikt nie chce wypowiadać się w tej sprawie pod nazwiskiem. Ale w nieoficjalnych rozmowach słyszymy, że coraz więcej osób jest przekonanych, że do prac nad poselskim projektem nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt należy szybko wrócić. – Być może uda się to jeszcze w lutym. Wiele zależy od tego, jak szybko ugasimy pożar związany z relacjami między Polską a Izraelem – mówi jeden z posłów. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że właśnie uzupełniane jest uzasadnienie do projektu uwzględniające opinie Biura Analiz Sejmowych i Biura Legislacyjnego.
Reklama

Reklama
Przygotowany przez parlamentarzystów PiS projekt oprócz zakazu hodowli zwierząt dla futer zakłada zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach, uszczelnienie systemu opieki nad bezdomnymi czworonogami (np. nowe wymagania wobec schronisk), obowiązek oznakowania psów i utworzenia centralnego rejestru prowadzonego przez głównego inspektora weterynarii (GIW).
Zamrożone prawo
Projekt ustawy wniesiono do Sejmu na początku listopada. Od tamtej pory niewiele się wokół niego działo. Nie nadano mu nawet numeru druku sejmowego. Nasi rozmówcy sugerują, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy były działania branży futrzarskiej.
Jeszcze we wrześniu 2017 r., czyli zanim projekt został złożony w Sejmie, poseł Robert Winnicki (niezrzeszony) w interpelacji dopytywał Ministerstwo Rolnictwa o „lobby ekologiczne” atakujące hodowców zwierząt futerkowych. Poseł zwrócił uwagę, że branża futrzarska daje budżetowi państwa niemal 2 mld zł rocznie, a hodowcy pośrednio i bezpośrednio zatrudniają ok. 50 tys. osób. – W opinii Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi hodowla zwierząt futerkowych odgrywa ważną rolę jako ogniwo obszaru produkcji zwierzęcej, ponieważ zapewnia miejsca pracy i stanowi z´ro´dło dochodo´w dla hodowco´w i ich rodzin oraz wielu oso´b związanych z szeroko pojmowaną obsługą branży futrzarskiej – przyznał w odpowiedzi na interpelację minister Krzysztof Jurgiel.
Przesadzili?
Ekolodzy uważają jednak, że dane branży o zatrudnieniu są drastycznie zawyżane. – Kilka lat temu twierdzili, że jest to 50 tys. osób. Informacja ta rzekomo pochodziła z Ministerstwa Rolnictwa, które jednak w oficjalnym piśmie poinformowało nas, że nie dysponuje ani nigdy nie dysponowało informacjami na ten temat – podaje Fundacja Międzynarodowy Ruch na rzecz Zwierząt „Viva”. Ekolodzy przypominają, że w 2017 r. Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych (PZHiPZF) informował, że na fermach pracuje 13 tys. osób. Zdaniem Fundacji „Viva” i ta liczba jest zbyt wysoka. Organizacja uzyskała w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych informację, że w 2016 r. na fermach, w ramach umowy o pracę lub umowy-zlecenia, pracowały najwyżej 993 osoby, a w 2017 r. – 986 osób.
Ekolodzy w wątpliwość podają też wpływ, jaki branża futerkowa ma na polską gospodarkę. Na podstawie danych z Ministerstwa Finansów podają, że w okresie styczeń–październik wpływy budżetu państwa wyniosły niecałe 8,3 mln zł. W całym 2016 r. było to prawie 9,7 mln zł.
– Dane z ZUS o zatrudnieniu w branży podważają przekazy propagandy przemysłu futrzarskiego. Okazuje się, że jest to przynajmniej dziesięciokrotnie mniejsza liczba, niż opowiadają lobbyści. Bardzo uczulam na wszystkie tego typu dezinformacje, które produkuje lobby futrzarskie – mówi posłanka PiS Joanna Lichocka, cytowana przez Fundację „Viva” w komunikacie prasowym.
– ZUS nie jest instytucją, która publikuje dane o faktycznym zatrudnieniu, gdyż nie ma ku temu odpowiednich narzędzi. Nie jest w stanie np. sprawdzić liczby osób zatrudnionych na umowie o dzieło czy zatrudnianych przez podmioty zewnętrzne, którym zlecane jest poszukiwanie pracowników, takie jak agencje pracy – odpowiada jednak Daniel Chmielewski, prezes PZHiPZF.
Zwraca uwagę, że fermy zwierząt na futra to w większości rodzinne gospodarstwa rolne. W związku z tym danych o zatrudnieniu należy szukać w Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, zwłaszcza jeśli na fermie pracuje najbliższa rodzina. – Od początku mówiliśmy, że przemysł futrzarski daje zatrudnienie 50 tys. osób, z czego bezpośrednio na fermach w zależności od roku od 10 do 13 tys. – dodaje. Powołuje się m.in. na dane firmy doradczej PwC czy naukowców z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.
Więcej zarzutów
Mikołaj Jastrzębski z Fundacji „Viva” formułuje jeszcze jeden zarzut. – Zdarza się, że hodowcy fikcyjnie dzielą fermy na mniejsze – mówi. Dlaczego tak robią? Przy obrotach nieprzekraczających 1,2 mln euro rocznie mogą płacić podatek od dochodów z działów specjalnych produkcji rolnej. Gdy tę kwotę przekroczą, powinni rozliczać się jak osoby prawne i płacić CIT. Przy okazji unikają konieczności sporządzania raportów o oddziaływaniu na środowisko.
– Zarzuty świadczą o całkowitym braku wiedzy na temat prowadzenia przedsiębiorstw. Wszyscy hodowcy ewidencjonowani przez GIW działają w zgodzie z przepisami lokalnymi i centralnymi. Czynienie zarzutów z przestrzegania prawa powoduje, że organizacje te nie mogą być traktowane poważnie – odpowiada Daniel Chmielewski.