- Proszę sobie wyobrazić, jaką siłę rażenia mogłyby mieć słowa Jarosława Kaczyńskiego potępiające przemoc domową. Zwłaszcza teraz, kiedy okazało się, że człowiek, który jeszcze do niedawna był w jego partii, to domowy terrorysta, bandyta, poniewierający, poniżający swoją żonę, znęcający się nad nią latami - stwierdza w wywiadzie z Magdaleną Rigamonti Hanna Samson, psycholożka, pisarka, publicystka.
Reklama

To choroba?

O przemoc pani pyta?

Tak.

Nie, przestępstwo.

Reklama

Można leczyć?

To, że taki przemocowiec nie radzi sobie z emocjami, nie panuje nad sobą, bo miał gorszy dzień, bo ona, ta kobieta go zdenerwowała tym, że zapomniała o jakimś drobiazgu, i on nie wytrzymał, i krzyknął, i popchnął, uderzył, drugi raz uderzył, okaleczył, skatował, zabił? To można leczyć? Są terapie dla mężczyzn stosujących przemoc, ale bez wyroku sądu mało który przemocowiec jest nimi zainteresowany. Oni nie widzą problemu w sobie. I żadne terapie małżeńskie tu nie pomogą, nawet nie wolno ich stosować. Tu trzeba po prostu ratować kobietę, a często również dzieci. A agresora zamykać w więzieniu, karać, izolować. I niby wszyscy wiemy o przemocy domowej, a nic się z tym nie robi. To znaczy, kobiety działają, są organizacje pozarządowe udzielające pomocy, my tu teraz publicznie na ten temat rozmawiamy, słyszę, że inne kobiety też. Chciałabym jednak, żeby to mężczyźni zaczęli głośno mówić, że przemoc domowa, przemoc wobec kobiet to przestępstwo.

Jacy mężczyźni?

Różni. I ci, co w polityce, na ważnych stanowiskach, i ci zwyczajni faceci, którzy wiedzą, jak zachowują się ich koledzy, i nie reagują. Proszę sobie wyobrazić, jaką siłę rażenia mogłyby mieć słowa Jarosława Kaczyńskiego potępiające przemoc domową. Zwłaszcza teraz, kiedy okazało się, że człowiek, który jeszcze do niedawna był w jego partii, to domowy terrorysta, bandyta, poniewierający, poniżający swoją żonę, znęcający się nad nią latami. Przecież są nagrania. I nie chodzi tylko o prezesa Kaczyńskiego. Gdyby każdy z przywódców partyjnych zajął się choć na chwilę tą sprawą, to można byłoby próbować zmieniać to, co się dzieje w wielu domach. Ale słuchałam dziś radia, oglądałam programy polityczne, publicystyczne i nic, cisza. Chyba żaden polityk się nie wypowiedział.

„Udostępniam to drastyczne nagranie, by zainspirować ludzi do pomocy osobom, które znalazły się w zamkniętym kręgu przemocy domowej, z którego nie sposób się wyrwać bez pomocy otoczenia” – to Karolina Piasecka, żona Rafała Piaseckiego, byłego radnego PiS.

I bardzo dobrze. Tych nagrań nie da się słuchać, prawda? Są tak straszne, że odrzucają. Zajmowałam się przemocą na co dzień, pracowałam z kobietami maltretowanymi psychicznie i fizycznie i znam niejedno takie nagranie, którego nie można słuchać. A te kobiety są na to skazane. Wiem, jak to się nakręca, jak napięcie narasta, jak ten przemocowiec, który zaczyna swoją akcję, będzie się zachowywał. Że wytrąci go z równowagi jej ruch ręką albo to, że kobieta się odwróci, nie będzie chciała słuchać tego, co on ma do powiedzenia. Rozzłości go to, że ona nie reaguje, albo to, że reaguje. Wszystko jest dobrym powodem do agresji i nic tu od kobiety nie zależy.

Pani Piasecka powiedziała, że przemoc mąż stosuje od dziesięciu lat.

Cieszę się, że to nagranie się pojawiło, choć nie wiadomo, jak ta sprawa się skończy, bo nie można nagrywać kogoś bez jego zgody. Tu jest oczywiście pole do popisu dla ministra sprawiedliwości. Dziwię się, dlaczego Zbigniew Ziobro do tej pory nie zabrał głosu w sprawie tzw. przemocy domowej.

Patryk Jaki, jego zastępca, napisał na Twitterze: „Prokuratura Krajowa objęła nadzór nad sprawą radnego Piaseckiego. W mojej ocenie – zero litości dla takich drani”.

Dobra okazja, żeby wykazać się ludzkimi cechami. Ale słowa to za mało. Trzeba stworzyć system, który będzie przeciwdziałał przemocy.

Polska podpisała konwencję antyprzemocową.

No i co z tego, skoro niewiele z tego wynika? Organizacje pozarządowe zajmujące się przemocą wobec kobiet nie dostają pieniędzy na działania, a prezydent Duda zachęca do niestosowania prawa w imię świętości rodziny i tradycji. No to na tym nagraniu możemy usłyszeć, co się dzieje w tych świętych rodzinach.

Ale to nie znaczy, że rządzący są zwolennikami przemocy domowej.

Ale to znaczy, że nie chcą zmieniać świadomości społecznej, a przez to przyzwalają na to, co się dzieje w wielu polskich domach. I wcale nie w żadnych patologicznych rodzinach, tylko w takich, w których – jak w przypadku Piaseckich – makabrę zasłaniano chrześcijańskimi wartościami.

To jest właśnie patologia.

Tak, tyle że rzadko rozpoznawana jako patologia. To patologia „dobrego domu”, zakorzeniona w naszej kulturze. Chwała tej kobiecie, że ujawniła to, co się działo przez lata w jej domu. Być może pozwoli to innym kobietom w podobnej sytuacji łatwiej podjąć decyzję, śmielej działać. Jednak proszę pamiętać, że same kobiety bez wsparcia w państwie, w systemie, w organizacjach pozarządowych niewiele mogą zrobić. Są skazane na swoich oprawców. Kobiety w związkach przemocowych uczą się tego, że nic od nich nie zależy.

No dobrze, jest dziewczyna, jest chłopak, zakochują się w sobie, miłość, potem ślub, dom, rodzina i kiedy to się zaczyna?

Pyta pani o przemoc? Czasami oczywiście sygnały są przed ślubem, ale łatwo zostają zasypane przeprosinami, kwiatami, prezentami. Dziewczyna wierzy, że rodzina to świętość, że on się zmieni, będzie wspaniały, będzie kochał, na rękach nosił, bo przecież tak obiecuje. Jednak dość szybko po ślubie taki mężczyzna uznaje, że skoro zdobył kobietę, to znaczy, że ona do niego należy. Za takim myśleniem zwykle stoją jakieś niespełnienia i frustracje. Jest też tak, że im bardziej mężczyzna podlega czyjejś władzy w zewnętrznym świecie, tym mocniej odreagowuje to w domu i tym bardziej wytrąca go z równowagi, jeśli żona nie robi tego, co on jej każe. Takie ustawienie relacji małżeńskich funkcjonuje niestety w wielu domach. Kobieta jest od tego, żeby obsługiwać mężczyznę. Proszę sobie wyobrazić, że w wielu domach mężczyźni nie pozwalają na to, by żona pracowała, zarabiała swoje pieniądze, była niezależna. Nie pozwalają, bo chcą mieć nad tą swoją własnością pełnię władzy. Taki człowiek może wydzielić pieniądze, może ich nie wydzielić, może żonę wyzywać od darmozjadów i garkotłuków.

Pani mówi o tym tak, jakby to się działo w prawie każdej rodzinie.

Jasne, że nie dzieje się tak w każdej. Ale tych rodzin, w których dochodzi do przemocy, jest wiele, to nie jest jakiś niewielki margines. Zaczyna się zwykle tak, że coś mężczyźnie się nie podoba, robi awanturę, krzyczy, poucza, czasem popchnie, poszarpie. Kobieta jest zdziwiona, gotowa spakować walizki, wyprowadzić się, no ale on rzuca się jej do nóg, przeprasza, tłumaczy, że nie wie, co w niego wstąpiło, miał taki ciężki dzień w pracy. Ona wybacza i zwykle następuje tzw. dobry czas. Oczywiście do czasu, bo tak naprawdę ta pierwsza sytuacja była początkiem spirali przemocy.

Następny raz musi nadejść?

Musi. I nadchodzi. I zwykle jest mocniejszy. Za pierwszym razem krzyczał przez pięć minut, teraz jest dziesięć, wtedy popchnął, teraz uderzył. Żona chce się pakować, mąż przeprasza. I ona ulega. Znam wiele związków, kiedy kobiety w czasie tego początkowego etapu się wyprowadzały. Wtedy to było łatwiejsze, bo jeszcze z reguły nie było dzieci.

I wracały?

Ulegały mężowi, często rodzinie. Mąż mówił, że bez niej życia sobie nie wyobraża, że żyć mu się nie chce, że się zabije.

Może tak miłość wygląda?

Nie, tak miłość nie wygląda.

Czy taki mąż kocha swoją żonę?

Czy tu można mówić o miłości? Mam poczucie, że w takich związkach kobiety traktowane są przedmiotowo, nie jak osoby, które mają jakieś uczucia. Słyszymy, co mówi do żony pan Piasecki. Tu nie ma miejsca dla niej, liczą się tylko jego uczucia, jego stanowisko, jego wściekłość.

Być może w jego poczuciu on ją kocha. Gdy ona chce odchodzić, wtedy czuje, że bez niej nie może żyć. To szantaż emocjonalny, a nie miłość. Ostatnio przyszła do mnie taka para. Ona się wyprowadzała, on jeździł do jej rodziców, tłumaczył, że ją kocha, że jej nieba przychyli. Rodzina zaczęła naciskać na nią, żeby dała mu kolejną szansę.

Przyszli do pani razem? To była terapia małżeńska?

Nie. Jestem przeciwna terapii małżeńskiej w takiej sytuacji. Czasem się zdarza, że proponuje się takim ludziom mediacje, wciska się kobiecie, że potrzebuje terapii wspólnie z mężem. Moim zdaniem to błąd. Kobieta zwykle potrzebuje terapii, żeby dojść do siebie, żeby się wzmocnić, ale nie razem z nim. Jeśli dostanie wsparcie, zwykle sama wie, co ma robić. Oczywiście, co jakiś czas z różnych powodów poznaję jakiegoś męża przemocowca, ale pracuję z kobietami. W tym przypadku najpierw przyszła ona. Wyprowadziła się z domu. On ją śledził i tak trafił do mnie. Mówił, jaki jest biedny, skrzywdzony.

Może był?

Był biedny, bo jego własność mu się wymykała. To on krzywdził. I niestety jest szansa, że krzywdzi nadal, bo żona do niego wróciła, również pod presją rodziny. Kobiety mówią, że bardzo często rodzina je lekceważy, nie chce wierzyć, że ten cudowny Mareczek, wspaniały Krzysiek, ciepły i kochany Rafał to oprawca. Pytała pani o miłość. Nie wierzę, że można krzywdzić osobę, którą się kocha. To się nie mieści w definicji miłości. Oczywiście, dla takiego mężczyzny żona to jest bardzo ważna osoba, bo na kim innym on mógłby się tak wyżywać, nad kim mógłby mieć tę pełnię władzy.

Terapia małżeńska nie załatwiłaby sprawy?

Nie można terapeutyzować przestępcy i ofiary razem, nic dobrego z tego zwykle nie wynika. Problemem nie jest przecież to, że im się nie układa, ale to, że on stosuje przemoc, i nie ma sensu tego rozmydlać. Mężczyźni często decydują się na terapię, żeby zażegnać kryzys, a nie dlatego, że naprawdę chcą się zmienić. Kobieta grozi, że odejdzie, jeśli on nie pójdzie na terapię, on czuje jej determinację, więc idzie. Gdy kryzys jest zażegnany, on rezygnuje z terapii i wszystko wraca do punktu wyjścia. Przemocy nie da się łatwo zatrzymać. Przychodzi taki moment, kiedy kobieta jest już na tyle osłabiona, że już nie zwraca uwagi na siebie, liczy się to, czy mąż jest dziś w dobrym humorze, czy się coś zaraz zacznie dziać, czy atmosfera gęstnieje i zaraz doprowadzi do wybuchu. Kobiety mówią, że to oczekiwanie jest straszne, że on jeszcze nic nie mówi, nic się nie dzieje, a już wiadomo, że zaraz się stanie i że najlepiej byłoby uciec. Tylko że nie ma dokąd. Taki mąż staje się całym światem żony. Po pierwsze, odciął ją od innego świata, od pieniędzy, po drugie, od niego zależy, co ją – a często również ich dzieci – spotka. Nie mogę słuchać o tym, że dla dzieci jest lepiej, kiedy rodzice są razem. Jasne, że lepiej, ale tylko wtedy, kiedy ci rodzice się kochają i szanują. To, co widzą dzieci w rodzinach przemocowych, jest straszne. I wcale nie mam na myśli tylko awantur i bicia. Są mężczyźni, którzy nie rozmawiają ze swoimi żonami latami. Jeśli coś mówią, to tylko po to, żeby wydać polecenie. Kiedy żona próbuje coś powiedzieć, słyszy tylko: „Nie mów do mnie”. Taka kobieta przestaje zwracać uwagę na swoje uczucia, chce przeżyć, więc obserwuje tylko to, co się z nim dzieje.

Trwa w tym, bo tłumaczy sobie, że nie ma wyjścia?

Często naprawdę nie ma wyjścia albo jest ono tak małe i trudne, że wydaje się niemożliwe. Są kobiety, które nie mają dokąd uciec. Brak mieszkania, pieniędzy, oparcia w rodzinie jest naprawdę dużą przeszkodą i bez pomocy państwa wyjścia nie ma. Znam kobiety, które nie mają pieniędzy nawet na bilet tramwajowy. Jak mają wyjść z tej sytuacji, nawet jeśli tego chcą? Tylko raz miałam w grupie terapeutycznej kobietę okaleczaną przez męża. Chodziła o kulach. W okresach spokoju, trwających czasem całkiem długo, małżonek potrafił być cudowny. I ona w tym czasie zdawała się zapominać o krzywdzie. Mówiła na terapii: my się tak kochamy, on jest wspaniały. Co prawda czasami się zezłości i nad sobą nie panuje, bije, no ale to przechodzi.

A on?

On pewnie także wierzy, że ją kocha. Nie rozmawiałam z nim, wiem tylko o tym z jej przekazu. Powtarzam: to nie jest miłość. To jest uzależnienie. Obydwu stron. Posiadanie władzy nad kimś uzależnia, i to bardzo. Jeśli jeszcze dodać alkohol, wychodzi zabójcza mieszanka.

Czy ta kobieta się z tego wyzwoliła?

Nie. Została skierowana na terapię przez sąd, ale kiedy kobiety z grupy zaczęły kwestionować tę miłość, zrezygnowała z leczenia ze względu na stan zdrowia. Wolała wierzyć w swój mit wielkiej miłości, nie miała siły na zmiany. Taką postawę podtrzymują w wielu kobietach matki, Kościół, politycy. Ona też słyszała: jak on cię kocha, on taki dla rodziny oddany.

Od kogo, od mamy?

Od mamy. A inna pacjentka słyszała coś takiego od siostry, która wiedziała, że mąż bije, szarpie, a mimo to uważała, że małżeństwo to rzecz święta. Księża też mają w tym swój udział. Mówią do maltretowanej kobiety, że Jezus też niósł swój krzyż. Niektórzy bagatelizują, że przecież popchnięcie to jeszcze nie jest przemoc. W nagraniu państwa Piaseckich słychać pretensje pana Piaseckiego dotyczące kwiatka. Pan dał pani kwiatek, ona go zapomniała wziąć i się zaczyna.

„Zapi...alaj po kwiatka. Ma tu być za chwilę!”. Kobieta proponuje, że go odkupi, ale mąż krzyczy, że jest za późno, że kosztował 20 zł. „To był kwiat, szmato, który ja kupiłem. Nawet mi nie powiedziałaś »dziękuję«, ty ch... jeb...”. Kobieta błaga: Nie bij. I słyszy: „Dopiero zacznę cię bić. Nie płacz, kur...o, bo cię zaje...ię. Zabiję cię!”.

Nie mogę tego słuchać. Znam setki takich historii, a ciągle trudno mi się tego słucha. I jestem w stanie sobie wyobrazić, że taka kobieta komuś opowiada, że mąż jej zrobił awanturę o kwiatek, i usłyszała: co to za problem, jakiś kwiatek. Wyobraźmy sobie, że kobieta stłukła talerz. Mąż powie jej, że jest niezgraba, niszczycielka, darmozjad. Sytuacja się powtarza, kobieta znowu coś tłucze. On się drze, że jemu się to nie zdarza, że ona tylko potrafi niszczyć, on tyra od rana do nocy, a ona wszystko rozwala, że on ten pierwszy talerz wybaczył, ale teraz miarka się przebrała... W pewnym momencie taka kobieta zaczyna myśleć, że to jej wina, że należy na nią krzyczeć, bić ją, bo przecież zawiniła.

Przecież jest dorosła, myśli.

Wie pani, co to jest pranie mózgu? Niektórzy mówią: o, ja to bym nigdy na to nie pozwoliła. No, a gdyby doszło do przemocy, tobym się spakowała i wyszła. Zaręczam, że to nie jest takie łatwe. Jeśli kobieta jest odizolowana, słyszy tylko takie informacje na swój temat, to zaczyna w ten sposób myśleć o sobie. Zastanawia się nad tym, że gdyby była bardziej uważna, gdyby te ręce się jej nie trzęsły, gdyby się skupiała na tym, co robi, gdyby umiała bardziej zadbać o dom, to byłoby inaczej, on byłby inny, lepszy, milszy. Przecież on to wszystko robi i mówi, żeby ją wychować, żeby ją przyuczyć do tego, żeby była dobrą żoną, a na razie dobrą nie jest. Pan Piasecki zrobił awanturę żonie, bo zobaczył pajęczynę na suficie. Pajęczyna? Czyli źle posprzątałam, czyli jestem beznadziejna, zła żona, moja wina, przeze mnie się zdenerwował, miał rację. I ta pułapka jest coraz ciaśniejsza.

Karolina Piasecka się wyrwała.

Trwało to 10 lat. A jeszcze będzie proces, będzie walka. Już słyszę, że adwokat pana Piaseckiego powiedział, że jego klient tak się zachowywał, bo to było rozpaczliwe wołanie o miłość... Wyrwać się z takiej matni jest strasznie trudno. Przecież powinno być tak, że to oprawca jest zabierany z takiego domu, nawet czasowo aresztowany. Niestety, u nas jest tak, że to kobieta musi uciekać. Jednak żeby uciec, musi mieć dokąd, musi mieć pieniądze. Powtarzam się, ale to państwo powinno zapewnić takiej kobiecie pomoc. Jeśli nie zapewni, to może dochodzić do okaleczeń, do zabójstw. Znam kobietę z wyższym wykształceniem, która zabrała dzieci i uciekła. Wynajęła pokój, w nocy pracowała w magazynie sklepowym, w dzień w innym miejscu, zajmowała się dziećmi i się udało, wyzwoliła się. Proszę sobie wyobrazić, że zaczyna pani wszystko od początku, od zera. Już? Trudne, prawda?

Hm.

Państwo nie robi nic, żeby powstrzymać przemoc i żeby jej przeciwdziałać. Na kobietach spoczywa sprawa rozwiązania tej sytuacji. To one mają złapać swoje dzieci, wybiec z domu i się ratować. Proszę pamiętać, że wielu z tych facetów świetnie sobie radzi w świecie. Pan Piasecki radził sobie w strukturach partii, miał jakąś pracę, ze zdjęć widać, że był w dobrych relacjach z różnymi ludźmi. A w domu miał poczucie bezkarności. Wszyscy mamy gorsze dni, ale nie każdy z nas z tego powodu bije bliskich. Ci faceci właśnie tak robią, bo wiedzą, że mogą, bo są bezkarni. Traktują kobiety jak podludzi, jak kogoś nierównego sobie, kogoś, kto jest niżej. Przecież trzeba uczyć ludzi w szkołach, w firmach, wszędzie, że kobieta i mężczyzna mają takie same prawa, są ludźmi, są równi sobie.

Z domu wynoszą, że jest inaczej.

Ale potem jednak trafiają też do innych światów niż tylko dom. Świat się zmienia, a jednak przemoc w rodzinie pozostaje bezkarna. Przecież ciągle słyszę, że tylko popchnął, tylko za włosy pociągnął, tylko przydusił, złapał za szyję.

Wszystkie te czyny uważane są za przemoc w rodzinie?

To przecież jest przemoc. A jeszcze policjant pyta, czy mąż uderzył, czy tylko popchnął. Takie podważanie, niedowierzanie, wątpienie wciąż jeszcze się zdarzają, choć mam wrażenie, że trochę rzadziej. Kiedy kobieta nie ma prawa podjąć w domu żadnej decyzji, kiedy to on wybiera, co ona ma ugotować na obiad, dokąd pojadą na wakacje, kto do nich przyjdzie, czy żona może się kolegować z konkretną koleżanką, czy nie, ile można wydać pieniędzy, czy w ogóle można wydać, bo jak się będzie niegrzecznym, to się nie dostanie pieniędzy – to jest przemoc psychiczna. Niby nic, a jednak kobieta jest pozbawiona prawa decydowania o sobie.

Co mówią kobiety, które przychodzą do pani po raz pierwszy?

Z reguły nie wiedzą, od czego zacząć. Są takie, które przyjść nie mogą, bo albo mieszkają gdzieś daleko i nie mają pieniędzy na bilet, albo mąż im wyznacza godziny, kiedy mogą opuszczać dom. Tak – mają napisany regulamin i mogą wychodzić tylko o określonych porach dnia, na przykład żeby odebrać dziecko ze szkoły i po drodze zrobić zakupy. Są i takie rodziny, że to mężowie robią zakupy tylko z tego powodu, by nie dawać żonie pieniędzy i by nie dopuszczać do tego, by kontaktowała się ze światem. Wiele z tych kobiet ma odebraną wolność osobistą, wolność wychodzenia z domu. I to nie dzieje się gdzieś daleko. To się dzieje teraz, tutaj. W Warszawie są kobiety, które nie mogą wychodzić z domu bez pozwolenia. A pozwolenie jest wydawane rzadko i w określone miejsca. Niektóre z nich nie mogą też dzwonić. To są dowody na to, jak mężczyźni ograniczają prawa człowieka. Kiedy mąż wraca z pracy, żona ma być w domu, czekać z obiadem, być do jego dyspozycji. On jest w domu, to i ona ma być w domu. Dla takiej kobiety wyjście na spotkanie z psychologiem jest w zasadzie niewykonalne. On zarabia pieniądze, on decyduje. To jest męski sposób na budowanie swojego poczucia własnej wartości kosztem drugiej osoby, kosztem żony – ja jestem lepszy, mądrzejszy, ona gorsza, głupsza. Kiedy pan Piasecki mówi, że ona jest debilem, to znaczy, że sam ma poczucie, że tym debilem nie jest, tylko mędrcem, który wie, jak ma być na świecie, jak ten świat jest poukładany. Wie, że kwiatek należy zabrać, a nie zapominać. Do tego dochodzi poczucie władzy. Jeśli w świecie pozadomowym taki facet mówi tylko: tak, panie kierowniku, nie, panie kierowniku, już się robi panie kierowniku, to w domu musi odreagować, zrekompensować sobie niepowodzenia.

Przecież są też tacy, którym w życiu zawodowym się wiedzie, zajmują wysokie stanowiska.

I kobieta jest dla nich trofeum. Znam przemocowca, który ma piękną żonę, utrzymuje ją i dyscyplinuje. Gdy coś mu się nie podoba, to ręce idą w ruch. Wtedy taki mężczyzna czuje, że rządzi, że ma absolutną władzę nad kobietą.

Dlaczego taka kobieta nie odchodzi?

Może być już za słaba, może czuć się ubezwłasnowolniona. Może dalej go kochać i wierzyć, że to był ostatni raz. Jednak takim kobietom jest chyba łatwiej niż tym, które nie mają żadnego dostępu do pieniędzy.

Pani tym wszystkim kobietom mówi: musisz odejść od męża?

Nie, nie mówię im, co mają robić, to one muszą podjąć decyzję. Czasem mówię, co będzie się działo, co mąż może zrobić następnym razem, mówię, że to nie mija, tylko się nasila...

Aż zabije?

Tak, aż zabije. Mówię kobietom, że mają prawo dbać o swoje bezpieczeństwo, tłumaczę, że nie muszą się wstydzić, że to nie jest ich wina. Jackson Katz, autor książki „Paradoks macho”, mówi, że to mężczyźni jako populacja mają w sprawie przemocy najwięcej do zrobienia. Potrzebne jest coś takiego jak solidarność męska w przeciwdziałaniu przemocy.

Jakoś źle mi się to kojarzy.

Z tym, że mężczyźni usprawiedliwiają takie przemocowe zachowania? Myślę, że na szczęście większość jednak nie, że są tzw. normalni faceci, którym nie trzeba tłumaczyć, że kobieta i mężczyzna mają takie same prawa. I to oni powinni zabierać głos. Mówić głośno, że sprawowanie władzy nad kobietami nie jest dowodem męskości, bo taki wzorzec ciągle pokutuje w naszej kulturze. Z drugiej strony jest tak, że nasza kultura bardzo chroni mężczyzn. Katz świetnie pokazuje, jak problem przemocy jest przenoszony na kobiety. Proszę zobaczyć, jak to się układa: John pobił Mary. Mary została pobita przez Johna. Mary jest kobietą bitą. Mary jest ofiarą przemocy. I okazuje się, że to jest problem Mary, bo to ona jest ofiarą. John gdzieś zniknął w tłumie. A takich Johnów w Stanach jest bardzo dużo, takich Janków w Polsce też.

Ilu?

Bardzo dużo. Przez 10 lat pracowałam w dwóch fundacjach: w Feminotece i Fundacji CEL. Fundacja CEL zajmuje się kobietami tylko z Warszawy i każdego tygodnia przychodziły kolejne kobiety, których historie poznawałam, z którymi pracowałam. Do końca grudnia prowadziłam grupę kobiet z przemocowych związków. Teraz zrobiłam sobie kilka miesięcy przerwy. Mam dość. A przecież to nie ja doświadczam tej przemocy.

Magdalena i Maksymilian Rigamonti w Dzienniku Gazecie Prawnej / Dziennik Gazeta Prawna