Kazimierz P. zawarł w lipcu 1997 r. umowę z klubem sportowym. Regulowała ona wzajemne prawa i obowiązki w związku z przejściem do nich piłkarza z innego klubu, w którym był on jego sponsorem. Stwierdzono w niej m.in., że klub wyraża zgodę na podział uzyskanej sumy transferu po 50 proc. Umowę podpisał dyrektor klubu, czego nie przewidywał statut. Do dokonywania takich czynności statut upoważniał prezesa klubu. Parę dni wcześniej klub zawarł z zawodnikiem umowę o pracę i podpisał ją dyrektor wraz z głównym księgowym. W tej umowie znalazło się postanowienie, że właścicielem praw zawodnika jest Kazimierz P. i że zawodnik nie może sam rozporządzać swoimi prawami. Ponieważ klub się nie rozliczył z pieniędzy uzyskanych z transferu, Kazimierz P. oddał sprawę do sądu i wygrał ok. 90 tys. zł.

Po dwóch latach zawodnik przeszedł do innego klubu i ten za transfer zapłacił 1,4 mln zł. Teraz Kazimierz P. dochodzi od pierwszego klubu 700 tys. zł z tytułu wykonania umowy z lipca 1997 r. W odpowiedzi na pozew klub twierdził, że umowa jest nieważna, ponieważ podpisała ją ze strony klubu tylko jedna osoba, a zgodnie z regulaminem klubu potrzebna jest reprezentacja łączna. Niezależnie od tego umowa jest nieważna także dlatego, że jest sprzeczna z zasadami współżycia społecznego. Przewidywała bowiem po stronie Kazimierza P. tylko prawa, bez żadnych obowiązków.

Sąd I instancji uwzględnił powództwo. Uznał, że dyrektor klubu nie był członkiem zarządu, ale był upoważniony do podpisu przez prezesa zarządu. Warunki umowy były znane, strony godziły się na nie i nawet gdyby podpisu nie było, to zawarto ją w sposób konkludentny. Klub odwołał się, a sąd II instancji zmienił ten wyrok i powództwo oddalił. Stwierdził, że w aktach jest projekt umowy sporządzony przez doradcę prezesa, który różni się od egzemplarza przedstawionego przez powoda. Uznał także, że co prawda do podpisu nie jest konieczna reprezentacja łączna, ale regulamin klubu taką przewidywał. A więc jeden podpis to za mało i umowa jest nieważna.

Od tego wyroku powód wniósł skargę kasacyjną, którą Sąd Najwyższy uwzględnił. W ustnym uzasadnieniu wyroku stwierdził, że problemem w sprawie jest udokumentowanie umowy. Klub przedstawił projekt umowy, a powód stan faktyczny, do którego dołączył umowę. Umowa była, bo zawodnik grał w klubie. Brak podpisu nie oznacza, że jej nie było, bo zawarto ją w sposób konkludentny. Tymczasem sąd apelacyjny problemem tym się nie zajął. Ze statutu i wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego wynika, że przy podpisach nie była wymagana reprezentacja łączna. Mówił natomiast o tym regulamin. Ale regulamin ma znaczenie tylko w stosunkach wewnętrznych, nie może więc wiązać powoda. Wobec tego sąd apelacyjny musi ustalić, jakie były warunki umowy, i dopiero wtedy rozstrzygnąć, czy roszczenie jest uzasadnione.