Co roku na kilka tysięcy ogłoszonych przetargów liczba odwołań wynosi – średnio rzecz biorąc – jedną trzecią. To bardzo, bardzo dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że każde wstrzymanie procedury przetargowej oznacza całkiem wymierne straty, w przypadku dużych kontraktów liczone w setkach tysięcy złotych. Tracą firmy, które zainwestowały w przygotowanie dokumentacji, może przepaść unijna kasa, nie zarabiają ludzie, którzy w tym czasie zamiast np. budować drogę, siedzą na garnuszku państwa. 

Dobrze by więc było wiedzieć, kto, z jakich powodów i w jakich sytuacjach najczęściej się odwołuje. Zawiedzeni konkurenci z czystej złośliwości? A może wściekli rywale, gdyż przetarg był bezczelnie ustawiony? Albo firmy, którym nie udało się wziąć udziału w wyścigu po zamówienie z powodu źle przeprowadzonej procedury?
Otóż – nie wiadomo. Nie analizuje się przypadków, gdzie procedury przetargowe trzeba było uruchamiać po kilka razy. Nikt tego nie kontroluje. Podobnie, jak nikogo nie obchodzi, ile z tych odwołań zostało uwzględnionych i dlaczego. W każdym razie nie na tyle, aby to badać i prowadzić odpowiednie zestawienia, dzięki którym – być może – udałoby się uniknąć błędów, a więc i straty. 

W mętnej wodzie najlepiej się ryby łowi, więc dla potencjalnych rybaków taki bałagan jest jak najbardziej pożądany. Jak to zmienić? Wystarczy niewiele: zlecić instytucjom dokonującym przetargów zbieranie potrzebnych danych i przekazywanie ich w celu zbiorczej analizy np. do Najwyższej Izby Kontroli lub CBA. Albo dać sobie spokój z udawanie i pogodzić się z myślą, że zlecenie kosztuje 10 proc. jego wartości. Bo nie może być „trochę” uczciwie, tak jak nie ma półdziewicy. Albo mamy demokratyczne państwo prawa, albo demokrację a la polonais.