Przy okazji każdego 3 Maja podnosimy sobie nastrój narodowy pierwszych w Europie twórców konstytucji. Ledwie jesteśmy skłonni ustąpić Amerykanom, bo ich konstytucja z 1787 r. na dobrą sprawę zaczęła obowiązywać dopiero w 1791 roku. Francuzi uchwalili swoją kilka miesięcy później, bo we wrześniu, a zatem na pewno ich wyprzedziliśmy. Niemal każdy podręcznik prawa konstytucyjnego początki polskiego konstytucjonalizmu wiąże z końcem XVIII wieku i już tylko nieliczni, zakrzyczani przez chór specjalistów od tzw. prawa państwowego, którzy z początkiem lat 90. chyłkiem przekształcali swoje zakłady i katedry prawa państwowego na zakłady i instytuty prawa konstytucyjnego, są skłonni upatrywać powstania pierwszej pisanej polskiej konstytucji w odleglejszych czasach. Do nich z pewnością należał prof. Michał Sczaniecki, który w 1947 roku do konstytucji par excellence zaliczył artykuły henrykowskie z 20 maja 1573 roku. Czas, w którym prof. Sczaniecki prowadził swoje badania, wyjątkowo nie sprzyjał takim śmiałym tezom. Dawna Polska, a właściwie Rzeczpospolita, miała się przecież kojarzyć jak najgorzej. Przyczyniła się do tego walnie też tzw. historyczna szkoła krakowska ze swoją diagnozą, że upadek naszej państwowości spowodowany był niemal wyłącznie przyczynami wewnętrznymi. Konstytucja 3 maja miała więc być tym ostatnim głosem wołającego na puszczy, ale państwo było już tak przeżarte rozkładem, że nic nie mogło zatrzymać niekorzystnego dla nas procesu dziejowego. Było już rzeczywiście wtedy nie najlepiej z naszym państwem, ale, po pierwsze, sąsiedzi chyba w drugiej połowie XVIII wieku przeprowadzili wspólnie jakąś wrogą nam akcję, a po drugie – to, co działo się w XVIII wieku, nie musi być uznane za logiczny wynik naszych dziejów wcześniejszych.

Warto pójść za myślą prof. Sczanieckiego, który zwraca uwagę na ten szczególny moment w naszej historii, jaki miał miejsce na przełomie lat 1572 – 1573. W sierpniu 1572 roku umiera bezpotomnie Zygmunt August. Kraj mógłby się pogrążyć w chaosie bezkrólewia i dramacie walk religijnych, które ogarnęły Francję (noc św. Bartłomieja) i kraje niemieckie. A jednak tak się nie stało. Dlaczego pod koniec XVI wieku, mimo tak licznych przecież u nas różnowierców, nie doszło do takich ekscesów jak na Zachodzie? To pytanie samo w sobie jest niezwykle ciekawe, ale faktem jest, że wówczas ruszyliśmy w dzieje już całkiem własną drogą, żeby zacytować Adama Zamoyskiego. W 1570 roku (w następnym po zawarciu unii z Litwą) miała miejsce tzw. ugoda sandomierska, która niewątpliwie przygotowała odpowiedni klimat porozumienia protestantów i katolików podczas konfederacji warszawskiej (styczeń 1573 roku), bez wyjątku określanej dziś mianem wielkiej karty polskiej tolerancji religijnej. Ale już za chwilę, bo w maju tego samego roku na sejmie elekcyjnym doszło do niezwykle doniosłego ustrojowego zdarzenia. Oto obywatele Rzeczypospolitej zebrani w Warszawie w celu wyboru króla – został nim Henryk Walezy – nie poprzestali na samej elekcji, ale podyktowali przyszłemu królowi warunki, na jakich może w ogóle pełnić władzę. Warunki te zostały ujęte w dwudziestu jeden punktach, precyzyjnie określających, co królowi wolno, a czego mu nie wolno, jakie są prawa Sejmu, senatorów itd. W końcowym punkcie szlachta, czyli obywatele, zawarowali sobie na dodatek prawo wypowiedzenia posłuszeństwa królowi (królowi? – raczej pierwszemu obywatelowi, bo z wyboru), na wypadek gdyby próbował łamać odwieczne prawa i nie raz, nie dwa później się przeciwko królom konfederowali, właśnie z powołaniem się na prawo oporu z artykułów henrykowskich, zaprzysięganych przez wszystkich kolejnych królów elekcyjnych, aż do ostatniego Stanisław Augusta. Był to swoisty przewrót kopernikański w europejskim konstytucjonalizmie. To nie król nadawał tutaj, jak działo się to wszędzie indziej dotychczas, pewne prawa poddanym w formie przywilejów, ale niepodlegający chwilowo żadnemu władcy – już nie poddani właśnie, ale prawdziwi, chciałoby się powiedzieć, suwerenni obywatele – sami generalne zasady funkcjonowania państwa ułożyli i dali obranemu królowi do zaprzysiężenia i podpisu.

Nic jednak nie trwa wiecznie. Polscy optymaci wierzyli, że zbudowali ustrój doskonały, tymczasem nic na tym świecie nie może funkcjonować na takich samych zasadach w nieskończoność. Rzeczpospolita końca XVI wieku była poważnym państwem, samodzielnie rozwiązującym wszystkie problemy współczesności. Umiejętnie czerpała wzorce z doświadczeń dziejowych innych narodów, tworząc już w ramach unii nowe zasady funkcjonowania oryginalnej państwowości. Warto o tym pomyśleć między 1 maja (data wejścia do UE) a 3 Maja („Witaj majowa jutrzenko”), że za kilkanaście dni, a dokładnie 20 maja przypadnie kolejna rocznica uchwalenia pierwszej prawdziwej polskiej konstytucji, która ukształtowała naszą państwowość, także tę współczesną w sposób bardziej znaczący, niż nam się to może wydawać. Ale o tym – może właśnie w okolicach 20 maja br.