Przed politykami i wszelkiej maści urzędnikami, także unijnymi, jeszcze gigantyczna praca, żeby – trzymając się już szeroko pojętej kultury – ustalić to, co mają grać kina, teatry i jakie książki i płyty mają sprzedawać księgarnie. W dodatku pojawiło się medium, trudne w regulacji, jakim jest internet. Być może tutaj cenne okaże się doświadczenie chińskie, które szczęśliwie skanalizowało nieokiełznane wybryki w sieci.

Lecz regulacja obecności w radiu polskiej muzyki jest – jako się rzekło – także krokiem ważnym. Nie może być tak, że obywatel słucha w radiu tego, czego chce. Nie może być też tak, że podmiot gospodarczy, czyli stacja radiowa, robi, co chce, czyli gra samych cudzoziemców. Czy to sprzyja rozwojowi, czy wznosi nas na wyższy poziom? Czy naszych wykonawców czyni sławnymi? Z pewnością nie. Dopiero obecność polskiej muzyki w wymiarze co najmniej 33 procent wszystko zmieni. Staniemy się muzyczną potęgą. Oczywiście mogą się pojawić drobne problemy na przykład z rozgłośniami specjalizującymi się w muzyce latynoskiej, ale zmotywowane odpowiednimi karami na pewno coś w tym względzie poradzą.

To prawda, podobne pomysły regulacyjne funkcjonowały już w PRL. Były na równi wyśmiewane i znienawidzone przez radiowców i słuchaczy. Nic nie dawały. Polscy artyści przebijali się dzięki swojemu poziomowi, a nie administracyjnemu prikazowi. Ale teraz na pewno będzie inaczej.