Redakcje muszą udostępniać prywatne adresy swoich autorów każdemu, kto w sposób wiarygodny uprawdopodobni potrzebę ich posiadania. Takie wnioski płyną z wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego, który w ubiegłym tygodniu postawił na równe nogi nie tylko dziennikarzy, ale również prawników. Ten alarm jest ze wszech miar uzasadniony.

Być albo nie być dla mediów

Tak dziennikarze, jak i prawnicy przywiązani byli dotychczas do zupełnie innej zasady prawa prasowego, która głosi, że dziennikarz ma obowiązek zachowania w tajemnicy wszelkich danych umożliwiających identyfikację autora materiału prasowego. Dla niezależnych mediów ta zasada prawa prasowego to tak naprawdę być albo nie być. Zdawał sobie z tego sprawę ustawodawca, który wyjątek od tej fundamentalnej zasady przewidział tylko dla jednego, wąskiego przypadku – nie można ukrywać za tajemnicą zawodową informacji dotyczących działalności przestępczej. Nie ukrywam, że byliśmy z tych gwarancji dumni. Takie bowiem są dzisiaj standardy światowe, takie standardy wyznaczają wyroki Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i amerykańskiego Sądu Najwyższego.

Niestety, sędziowie Naczelnego Sądu Administracyjnego dokonali w tych standardach nie byle jakiego wyłomu. Jest to wyłom w równym stopniu niebezpieczny dla wolności mediów, jak i zupełnie niepotrzebny. Niepotrzebny, gdyż zgodnie z procedurą cywilną sądy mogą bez przeszkód doręczyć dziennikarzowi wezwanie, pismo procesowe czy cokolwiek tylko zechcą, w miejscu jego pracy, czyli na adres redakcji. Tajemnicą zawodową sędziów pozostanie, dlaczego nie chcą korzystać w praktyce z prostej drogi, którą od lat wyznacza art. 135 kodeksu postępowania cywilnego: doręczenia dokonuje się w mieszkaniu, w miejscu pracy lub tam, gdzie się adresata zastanie.

Wystarczy zdrowy rozsądek

Drugi paragraf tego przepisu jest równie klarowny: na wniosek strony doręczenie może być dokonane pod wskazany przez nią adres skrytki pocztowej. Istnieją więc w naszej procedurze sposoby, które pozwalają sądowi rozwiązywać problemy z dziennikarskimi adresami na płaszczyźnie zdrowego rozsądku, a nie restrykcji.

Ale sentencja, jaką uraczył nas NSA, jest nie tylko restrykcyjna w stosunku do tajemnicy dziennikarskiej. Jest ona także dyskusyjna z punku widzenia prawnej poprawności. Sędziowie do swoich wniosków nie dochodzą przecież ani na podstawie prawa prasowego, ani na podstawie konstytucji. Argumentów dla swoich wywodów szukają w ustawie o ochronie danych osobowych, a więc w ustawie, która ze swej istoty ma nasze dane chronić, a nie podawać je na tacy każdemu, kto sobie tego zażyczy. Co więcej, ustawa wręcz nakazuje, by każdy, kto chce majstrować przy cudzych danych osobowych, musiał dochować należytej staranności i liczył się ze zdaniem osoby, której dane te dotyczą. Nie, z całą pewnością nie można rujnować ochrony dziennikarskich źródeł informacji za pomocą przepisów, które mają stać na straży danych osobowych i które uchwalono po to i tylko po to, by nasze adresy, numery telefonów, e-maile nie dostawały się w ręce osób wścibskich, ale i szaleńców czy ludzi opętanych zemstą.

Publicystyczne przepisy

Naczelny Sąd Administracyjny dla poparcia swoich twierdzeń przytacza przepis, który pozwala na udostępnianie danych osobowych innym osobom, jeżeli uzasadnią w sposób wiarygodny potrzebę ich posiadania. Nie wiem, jak sąd w tak poważnej sprawie, której korzenie sięgają przecież konstytucyjnych zasad wolności słowa, może odsunąć na bok kodeks postępowania cywilnego, prawo prasowe i oprzeć się na tak ogólnych, żeby nie powiedzieć publicystycznych, przepisach. Za pomocą tak ocennych sformułowań, jak „wiarygodny” czy „uzasadniona potrzeba posiadania”, można rozmontować każdą, nawet najsłuszniejszą zasadę prawną. A nie taka jest przecież rola sądów. One mają stać na straży zasad. Rzecz jasna, jeżeli sądy zaczną doszukiwać się zasad tam, gdzie ich nie ma, na pewno je w końcu znajdą. Bo jak powiedziano: szukajcie, a znajdziecie.