Nie od dziś wiadomo, że przyczyną wszystkich nieszczęść na drodze są dzieciaki i kobiety za kierownicą, fatalne drogi i głupie fotoradary. Nawet obecny minister infrastruktury mówił kiedyś, że tylko kretyn bez prawa jazdy może wierzyć, że te ostatnie zwiększają bezpieczeństwo. Gdy został ministrem – zmienił zdanie.

Statystyki drogowe za mroźny styczeń pokazują, że gdy pogoda zmusiła kierowców do zdjęcia nogi z gazu, liczba wypadków i ofiar gwałtownie spadła. A więc winna jest nadmierna prędkość. Z tą plagą skutecznie walczą fotoradary.

I chyba w ramach rekompensaty za tę porażkę kierowców rząd zdaje im się teraz mówić: będzie wolno więcej poszaleć. I funduje złagodzenie kryteriów utraty prawa jazdy. Kiedyś wystarczyło 21 pkt w 12 miesięcy, by trzeba było ponownie zdawać egzamin. Potem zmieniono to na 24 pkt, wprowadzając możliwość redukcji kilku punktów dzięki przeszkoleniu, nierzadko fikcyjnemu. Ale nowe zasady, według których faktycznie dopiero uzbieranie 48 pkt w dwa lata będzie skutkowało utratą prawa jazdy, to pomyłka. W dodatku zapłacą za nią ofiary kierowców, którzy poczują się bardziej komfortowo i mocniej nadepną pedał gazu.