Przyznało to dzisiaj nawet samo Ministerstwo Sprawiedliwości. W tym półroczu sądy rozpoznały już o 140 spraw mniej niż wpłynęło skarg na przewlekłość. Natomiast w tym samych czasie ubiegłego roku, wpływ spraw, używając resortowej terminologii, nie został opanowany na poziomie 42 spraw. Liczby te są niepokojące. I choć powodów do paniki jeszcze nie ma, to jednak, jeśli w następnych latach zaległości w rozstrzyganiu skarg na przewlekłość, będą rosły w takim tempie, duch opieszałości zadomowi się na dobre w naszym wymiarze sprawiedliwości. Gdzież mu, bowiem będzie lepiej, jak nie tu. Dzisiaj niewiele jest już takich miejsc w Polsce, gdzie opieszałość mogłaby znaleźć tak sprzyjające warunki do rozwoju, jak właśnie w Pałacu Temidy. Wszędzie już ją pogoniono. Gdzie tylko pojawia się opieszałość, zaraz na ludzi sypią się nagany, upomnienia, kary pieniężne a menedżerowie sporządzają czarne listy przodowników opieszałości. Wszędzie, ale nie w Pałacu Temidy. Tutaj im więcej spraw wpływa, tym skargi i wnioski załatwia się wolniej. Dla rozwoju opieszałości, takie otoczenie, to miejsce wręcz wymarzone na przetrwanie ciężkich czsów. W tym zauroczeniu opieszałością jest jednak jedna rzecz pocieszająca. Urzędnicy ministerstwa przestali wreszcie owijać w bawełnę i zaczęli nazywać rzeczy po imieniu. Dobór słów nie jest może jeszcze najwyższej próby, ale na początek dobre i to. To prawdziwe światełko w tunelu sprawiedliwości. Do tej pory urzędnicy ministerstwa opisywali sądową rzeczywistość przy pomocy zupełnie innego słownictwa. 

Gdybyśmy na przykład oceniali wymiar sprawiedliwości według resortowej statystyki, to bardzo szybko doszlibyśmy do wniosku, że przewlekłość w naszych sądach, to bajdurzenie i wymysły pieniaczy. Cztery miesiące na zakończenie sprawy cywilnej, pięć miesięcy na sprawę gospodarczą, każdy, nawet w gorącej wodzie kąpany biznesmen, mógłby te miesiące wytrzymać. Jednak sygnały, które dochodzą z sal sądowych świadczą, że sądzenie w polskim wydaniu tak naprawdę niewiele ma wspólnego z rozpoznawaniem spraw w rozsądnym terminie. Dla polskiego przedsiębiorcy czas potrzebny do odzyskania pieniędzy, to wciąż ponad trzydzieści miesięcy, podczas gdy np. w Czechach tylko 12 a na Łotwie przedsięwzięcie to zajmie biznesmenowi tylko 7 miesięcy. Fakty, o których dzisiaj piszemy świadczą, że pogoda dla opieszałości nie została zastopowana, że przybiera charakter masowy wręcz strukturalny. Ustawa o skardze na przewlekłość nie sprawiła, że wokandy ruszyły z kopyta a sprawy w sądach zaczęto załatwiać od ręki. Ustaw ta ujawniła natomiast inną gorzka prawdę.

Prawdziwym nieszczęściem naszego wymiaru sprawiedliwości jest dzisiaj to, że przeciąganie spraw weszło na dobre do procesowego krwiobiegu, do sądzenia ale także i do naszych usług prawniczych, stało się jednym z kanonów procesowej strategii postępowania. I tu nie pomoże ani sądzenie po południu ani nadzór administracyjny. Dlatego dzisiaj walka z przewlekłością to przede wszystkim walka o nowe reguły postępowania, o nową kulturę, kulturę sprawności a nie opieszałości. Tak, by obecny kanon: „ sprawiedliwość nierychliwa ale jednak sprawiedliwość” został zastąpiony innym: „sprawiedliwość spóźniona, to żadna sprawiedliwość’.