Aktualny projekt nowelizacji ustaw korporacji prawniczych przynosi kilka poważnych zmian: jeden wspólny test na aplikację adwokacką i radcowską, likwidację praktyk w sądach oraz rezygnację z części ustnej egzaminu końcowego. Idea wspólnego egzaminu zasługuje na uznanie, gdyż i tak jest to - przynajmniej w obecnym kształcie - test pamięci, czyli sprawdzian z wiedzy nabytej na studiach. Na początek drogi ku praktyce jednak wystarcza, skoro dopiero to aplikacje mają ukierunkować adepta prawa i wskazać mu specyfikę zawodu. Same zresztą aplikacje chyba nie ucierpiałyby zanadto, gdyby uszczuplić je z obecnych 3,5 roku do np. 2,5, a w przyszłości nawet do 2 lat, jak obecnie w Niemczech. Zajęcia teoretyczne dałoby się zrealizować w tym czasie, co potwierdzić mogą sami aplikanci. Co jednak z praktyką w sądach? Wydaje się, że można i ją skrócić, gdyż obecnie nietrudno być świetnym radcą prawnym i prawie nie widywać sądu od środka. Z pewnością całkowita likwidacja praktyk nie będzie korzystna. Nie sposób bowiem wyobrazić sobie kompletnego wykształcenia prawnika-praktyka bez przekazania mu minimalnej nawet wiedzy o tym, jak działa za kulisami wymiar sprawiedliwości.

W Niemczech aplikacja, tzw. Rechtsreferendariat, trwa obecnie 2 lata (uprzednio 3) i składa się z 5-6 części: cywilnej, karnej, administracyjnej, kancelaryjnej (niekiedy dzielona na 2 etapy) i części do wyboru. Co najmniej 2 pierwsze części odbywa się w sądzie, czasem, zamiast sądu karnego, w prokuraturze. W Austrii mowa wprost o tzw. Gerichts-praxis, czyli (rocznej) praktyce sądowej, jako warunku niezbędnym do wykonywania zawodu sędziego, adwokata i notariusza. Trudno podać powody, dla których w Polsce należałoby zrezygnować z tego elementu wykształcenia.

Jeśli nie każdy prawnik ma być dobrym oratorem, można śmiało znieść ustną część egzaminu końcowego. W świetle zmniejszania się liczby wyspecjalizowanych prawników-procesualistów, którzy muszą umieć przekonać sąd do swoich racji, wydaje się, że ten etap egzaminu nie jest niezbędny. Do kontaktów z klientem wystarczą przeciętne zdolności krasomówcze, a do pisania opinii czy pism nie trzeba ich wcale - wystarczy poprawna polszczyzna. Nieodparcie nasuwa mi się jednak skojarzenie z obniżaniem poziomu matur czy innych egzaminów. Obyśmy nie musieli obserwować zmiany pięknych, bo kojarzących się z wielką erudycją, zawodów prawniczych w zimną technokrację.