(...)

prof. Jan Błeszyński

prof. Jan Błeszyński

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Generalnie rzecz biorąc, do nawiązywania współpracy pomiędzy OZZ – działającymi zarówno na tych samych polach eksploatacji i w odniesieniu do tych samych kategorii dóbr, jak na tym samym polu w odniesieniu do różnych dóbr: np. utworów i artystycznych wykonań – nie trzeba regulacji ustawowej. Jest to kwestia dobrej woli organizacji zainteresowanych współpracą, a także ich rozumienia uwarunkowań tej działalności. Racjonalnie podchodząc do sprawy, współpraca OZZ jest po prostu nakazem zdrowego rozsądku. W praktyce okazuje się jednak, że współpracy nie tylko nie ma, ale jej miejsce często zajmują mniej lub bardziej skrywane konflikty. Niestety, praktyka pokazuje, że warunki koegzystencji w zakresie zbiorowego zarządzania w licznych przypadkach wyznacza nie prawo i racjonalność, a przede wszystkim niski poziom dobrej woli OZZ. Jeżeli w jakimś zakresie choćby jednej z organizacji brakuje dobrej woli współpracy, dany segment zarządzania nie ma szans na racjonalne i respektujące wzajemne prawa działanie. Teoretycznie patologiczne sytuacje w tym zakresie powinny prowadzić do podjęcia postępowań o cofnięcie zezwolenia na zbiorowe zarządzanie wobec uporczywego wykonywania go w sposób nienależyty. Jest to jednak procedura trudna do realizacji w praktyce, a przede wszystkim długotrwała.

Kwestia współpracy OZZ podjęta została w nowelizacji ustawy z 2010 r. Określenia „podjęta”, zamiast „dokonana” lub „przeprowadzona”, używam dlatego, że sens postanowień noweli z 2010 roku w tym zakresie jest trudny do zrozumienia.

Dodany do ustawy art. 1071 w ust. 1 stanowi, że OZZ mogą zawierać porozumienia dotyczące udzielania licencji na korzystanie z utworów lub przedmiotów praw pokrewnych oraz poboru wynagrodzeń z tytułu tego korzystania na zasadach określonych w tych porozumieniach. I tu nasuwa się pierwsza wątpliwość: co do potrzeby dodania w ustawie takiego postanowienia. Nie było przecież do czasu wejścia w życie tego przepisu zakazu zawierania porozumień o współpracy. Prawo nie wykluczało współpracy, zresztą była ona śladowo podejmowana. Jeśli zaś takie porozumienie zawarto (co stanowiło w praktyce ewenement), to na jakich zasadach współpraca miałaby się odbywać, jeśli nie na określonych w tych zawartych porozumieniach?

Omawiana regulacja jest jednak potrzebna, tyle że nie tak ujęta. Otóż problem jest nie w dopuszczalności zawarcia porozumienia o współpracy OZZ, ale w tym, czy na jego podstawie reprezentująca umawiających się organizacja może korzystać z uprawnień ustawowych (domniemań, roszczeń) w zakresie należącym do sfery prawnej poszczególnych porozumiewających się OZZ, np. w postępowaniu przed sądem. Należy zatem przyjąć, że przytoczone postanowienie nie stanowi jedynie pustej deklaracji, pozbawionej znaczenia prawnego, a daje podstawę np. do dochodzenia roszczenia informacyjnego na rzecz porozumiewających się organizacji lub dochodzenia skutków bezprawnego korzystania, choć nie stanowi to „udzielania licencji” na korzystanie z dóbr objętych współpracą, o którym przepis literalnie stanowi. Należy tu zatem dać pierwszeństwo wykładni systemowej i celowościowej. Poza rozważaniami pozostawić natomiast należy pytanie, czy można było kwestie uregulować w sposób bardziej jasny.

Omawiany przepis dotyczący współpracy OZZ jest bardzo rozbudowany. Niestety, jego korespondencja ze stanem potrzeb budzi już nie tylko wątpliwości, ale przede wszystkim zdumienie.

W ust. 2 wprowadzono obowiązek zawierania porozumień dotyczących wspólnego „poboru” wynagrodzeń na polu odtwarzania w zakresie praw pokrewnych, jeżeli wynikają z zatwierdzonych tabel wynagrodzeń. Stanowi to istotne i niezrozumiale ograniczenie. Dlaczego współpraca ma dotyczyć jedynie odtworzeń, dlaczego tylko w odniesieniu do praw pokrewnych, a więc praw artystów wykonawców i producentów nagrań dźwiękowych i audiowizualnych, dlaczego tylko wówczas, gdy zatwierdzono tabele wynagrodzeń z uwzględnieniem, których umowy o współpracę mają być zawierane?

Przede wszystkim nasuwa się pytanie, dlaczego z tej współpracy wyeliminowano OZZ reprezentujące prawa autorów. Czym istotnie współpraca odnosząca się do odtworzeń różni się od ewentualnej współpracy na innych polach, np. nadań, reemisji, zwielokrotnienia, dochodzenia opłat z tytułu kopiowania utworów dla własnego użytku osobistego, a przede wszystkim, czym się różni od realizacji tych praw w odniesieniu do autorów i skąd ten przymusowy mariaż artystów i producentów nagrań? Komu i o co tu chodziło?

Materiały legislacyjne, właściwie nieistniejące, nie dają podstaw do odpowiedzi na to pytanie. Można się jej jedynie domyślać, podziwiając jednocześnie skuteczność działania zainteresowanych lobby. Ale to nie wszystko.

Z ust. 2 omawianego przepisu wynika, że wspólny pobór powinien polegać na wyznaczeniu jednej spośród umawiających się OZZ (a więc organizacji artystów i producentów) albo mogą one... „wyznaczyć inny podmiot”, który w ich imieniu będzie te czynności wykonywać w oparciu o udzielone zezwolenia i pełnomocnictwa. Takim wyznaczonym podmiotem może być zatem także np. kancelaria adwokacka lub przedsiębiorstwo windykacyjne działające w oparciu o pełnomocnictwa i „udzielone zezwolenia”. O jakich zezwoleniach tu mowa i komu udzielonych, czy dotyczy to „transferu” uprawnień wynikających z udzielonych poszczególnym umawiającym się OZZ zezwoleń na zbiorowe zarządzanie? Tego nie wiadomo, choć zapewne tak rozumiał to sformułowanie tajemniczy autor noweli, którego nazwiska nigdy zresztą nie ujawniono. W każdym razie łatwo zauważyć, że sferę odtworzeń praw pokrewnych w konsekwencji wyprowadzono w całości (a w każdym razie stworzono możliwość wyprowadzenia) z systemu zbiorowego zarządzania, nadając jej charakter ściśle komercyjny.

(...)

Cały felieton czytaj w eDGP.