Pytanie prawne powstało na kanwie sprawy mężczyzny, który stracił pracę. Taka decyzja pracodawcy bardzo go zaskoczyła. I zanim się otrząsnął, minął mu siedmiodniowy termin na wniesienie odwołania w sądzie pracy.

W ocenie RPO to za krótki czas na reakcję.  - Niezależnie od stanu emocji, naturalnych w takim przypadku, pracownik musi w ciągu siedmiu dni przeanalizować swoją sytuację, a w przypadku podjęcia decyzji o wniesieniu odwołania, zebrać argumenty i dowody na poparcie swoich roszczeń, a także często poszukać pomocy profesjonalnego pełnomocnika w celu uzyskania porady prawnej lub pomocy w zakresie przygotowania i wniesienia pozwu - podkreśla Adam Bodnar. Zwraca też uwagę, że siedmiodniowy termin na wniesienie odwołania został uregulowany w kodeksie pracy w 1975 r. Przepis ten dotyczył jednak zupełnie innej instytucji - odnosił się bowiem do komisji odwoławczej do spraw pracy. Ta przestała działać w 1985 r. i wtedy nadano przepisom k.p. obecne brzmienie. A one w żadnej mierze nie uwzględniają zmian, jakie dokonały się w sferze stosunków pracy.

Dlatego w ocenie RPO przepis art. 264 par. 1 k.p. w zakresie, w jakim przewiduje jedynie siedmiodniowy termin do wniesienia przez pracownika odwołania od doręczenia oświadczenia pracodawcy o wypowiedzeniu umowy o pracę jest niezgodny z art. 45 ust. 1 konstytucji (prawo do sądu) oraz art. 6 ust. 1 konwencji o ochronie praw człowieka.

Nadmiernego rygoryzmu tego unormowania nie łagodzi instytucja przywrócenia terminu (art. 265 k.p.), która znajduje zastosowanie wówczas, gdy pracownik uchybił terminowi bez swojej winy, a więc nie dotyczy każdego przypadku definitywnej utraty możliwości dochodzenia roszczenia na drodze sądowej - uważa RPO.

PS/źródło: RPO