statystyki

Druga terapia szokowa. Dla sądów

autor: Paweł Dobrowolski13.05.2016, 00:00; Aktualizacja: 13.05.2016, 09:15

Szukanie odpowiedzi na pytanie, jak znaleźć równowagę między niezależnością sędziów a ich rozliczalnością, nie jest końcem demokracji. Łaciński dylemat: kto będzie pilnować samych strażników, jest aktualny w każdej epoce.

Reklama


Polskie sądy wymagają naprawy. Jedni się jej boją, drudzy wyczekują. Po stronie wyczekujących jest większość wyborców, którzy wraz z krzepnięciem wolnego rynku i demokracji oczekują większej rozliczalności władzy. Mało lub zupełnie niewydajne sądy – gdzie organizacja pracy odstaje od standardów, do których przyzwyczaiły nas prywatne firmy – po prostu rażą. Wyniosłe chowanie się sędziów przed oceną obywateli – za korporacyjną solidarnością, Krajową Radą Sądownictwa (KRS), za hiperformalizmem procedowania i intepretowania prawa – to działanie rodem z PRL.

Naprawy wyczekuje też część środowiska sędziowskiego. Głównie z sądów niższych instancji. Przede wszystkim rejonowych, wykonujących większość orzekania w Polsce. Ci kolegów z wyższych instancji z przekąsem zwą sędziami pałacowymi. Przezwisko to wywodzą od lepszych warunków pracy, wyższych zarobków. Czy też może – jak chcą niektórzy – od kompromisów, na które musieli pójść z pałacami władzy, by awansować.

Przed planowaną przez PiS reformą wymiaru sprawiedliwości pozostają pytania: na ile głębokie powinny być zmiany? Czy należy „zaorać”, czy spokojnie, małymi krokami zmieniać? W końcu czy przeprowadzenie tej największej po pakiecie Balcerowicza reformy jest w ogóle możliwe?

Diagnoza

Fakty w dyskusji są czytelne: wydajemy na sądy dużą część naszego PKB, zatrudniamy wielu sędziów i personelu pomocniczego, sędziowie zarabiają dobrze jak na biedne społeczeństwo, którym jesteśmy. Mimo to mamy złą opinię o sądach. W odróżnieniu od np. Amerykanów, którzy martwią się, że pozytywne oceny sądownictwa – mierzone przez Instytut Gallupa – spadły im do pięćdziesięciu kilku procent, w Polsce od dwóch dekad pozytywną ocenę sądownictwa ma zaledwie – według CBOS – dwadzieścia kilka, w porywach do trzydziestu procent Polaków. Od tej reguły był jeden tylko wyjątek, gdy w latach 2005–2007, za poprzednich rządów PiS, pozytywna ocena sądów skoczyła na krótką chwilę do czterdziestu paru procent.

Prywatnie sędziowie mogą sobie szydzić z braku zrozumienia zwykłych ludzi, dla ich pracy i zawiłości prawa. Mogą odrzucać miarodajność sondaży. Ale w demokracji ostatnią instancją obrony każdej z trójpodzielonych władz jest wsparcie obywateli.

Jednak w odróżnieniu od zwykłych obywateli, elity nie widzą potrzeby zmian w sądach lub widzą ją inaczej. Pierwsza prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej twierdziła, że „zły obraz sądownictwa buduje się na jednostkowych przypadkach złego, wadliwego czy też opieszałego działania sędziów czy sądów, a przecież sądy powszechne ferują 13 mln orzeczeń rocznie”. Ciekawe, dlaczego w USA pozytywny obraz sądów ma dwa razy więcej obywateli niż w Polsce?

Podobnie widzi sądy Ewa Siedlecka z „Gazety Wyborczej”, która twierdzi, że wydajemy na nie zbyt mało. By udowodnić to twierdzenie, przytacza dane o nakładach na sądownictwo na głowę obywatela wyrażone w euro. No cóż, w porównaniu z Zachodem, jeśli przedstawić jakiekolwiek dane w unijnej walucie – czy to zarobki, czy to, ile płacimy w podatkach, czy wydajemy na jedzenie lub bilety do kina – wypadamy blado.

Jeśli jednak chce się porównać miarodajnie, a nie manipulować, to porównać należy wydatki w przeliczeniu na dochód narodowy na głowę. Taka miara pozwala porównać nakłady na sądy w poszczególnych państwach przy uwzględnieniu zarówno liczby obywateli, jak i ich zamożności. Wedle tej miary Polska jest rekordzistą w nakładach na sądy. Ze wszystkich 34 państw należących do Rady Europy (dla których dostępne są dane) mamy piąte najwyższe nakłady na sądy w przeliczeniu na PKB na głowę jednego obywatela. Gdy odjąć małe państwa, gdzie jest mniej niż 5 mln obywateli, tj. Bośnię i Hercegowinę, Słowenię, Macedonię i Chorwację, jesteśmy państwem, które najwięcej wydaje na sądy. Podobnie z liczbą sędziów na głowę obywatela. Jesteśmy mocarstwem z ponad 26 sędziami na 100 tys. obywateli. Nie mogą się do nas równać Anglia z ich 3,6 sędziego, Dania z 6,6 czy Norwegia z 11 sędziami. Co prawda biją nas Monako, które przy 36 tys. obywateli ma 37 sędziów, czy Andora z jej 76 tys. obywatelami i 24 sędziami oraz Islandia, która przy 321 tys. obywatelach ma 55 sędziów. Ale tak już jest, że małe państwa w przeliczeniu na głowę wydają dużo i zatrudniają wielu sędziów, bo jest pewien minimalny koszt stały, który trzeba ponieść bez względu na rozmiar państwa.

Sędziowie twierdzą, że zarabiają mało. Dane mówią co innego. Polski sędzia na początku kariery zarabia 2,1 średniej krajowej. Dla porównania początkujący niemiecki – 0,9 średniej, francuski 1,1, a szwedzki 1,3. Oczywiście mogą chcieć porównywać się do odpowiedników brytyjskich (na początku kariery zarabiają 3,6 średniej), jednak powinni pamiętać, że w systemie angloamerykańskim sędzią staje się po wieloletniej karierze prawnika, a sędziów na 100 tys. Anglików jest zaledwie 3,6, podczas gdy u nas jest ich ponad 26.

Polska procedura sądowa jest zbyt pracochłonna, nieracjonalna, a momentami wręcz absurdalna. Polscy sędziowie wykonują dużo ciężkiej i nikomu niepotrzebnej pracy. Bezpośrednie porównania międzynarodowe są trudne, bo to, co stanowi sprawę wedle prawa i statystyki, znacznie się różni między państwami. Nie mamy więc twardych liczb. Nie wnikając w zawiłości i pracochłonność polskiej procedury karnej czy cywilnej, widać, że nawet błahe sprawy wymagają u nas kilku rozpraw, prowadzonych w odstępie kilku tygodni lub nawet miesięcy. Sędzia, który często prowadzi ponad sto spraw, zajmuje się każdą z nich raz na kilka tygodni. Spróbuj, czytelniku, w ten sposób wykonywać swoje obowiązki. Pomyśl, jakie plony miałby ogrodnik obrabiający sto ogrodów i do każdego zaglądający raz na miesiąc lub trzy. Albo student, który uczy się równocześnie do stu egzaminów, a do każdego konkretnego raz na miesiąc. Jest wręcz cudem, że przy takiej procedurze mamy tak (relatywnie) szybkie i dobre orzeczenia. Ale niestety anegdota o tym, że Bernard Madoff – oszust na ogromną skalę, który w USA po 4-dniowym procesie został skazany na sto lat więzienia – gdyby trafił do nas, byłby sądzony sto lat i skazany na cztery dni, ma swoje źródło w rzeczywistości i odzwierciedla opinię Polaków o naszych sądach.


Pozostało jeszcze 75% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

SzukajDodaj kancelarię

Polecane

Reklama