Myślę, że autorka świetnie to zrozumie, bo jak sama pisze, „musi sobie ulżyć”, a ma na myśli sprawy sądowe. Szkoda, że przy tej okazji zapomina o warsztacie dziennikarskim i w ten sposób przynosi sobie ulgę. Osobiście polecałbym bieganie lub worek bokserski, ewentualnie spacery po lesie. Gwarantuję, że to skuteczniejsze.

Teraz do rzeczy. Zacznę od końca i posłużę się cytatem: „W jaki sposób mamy żądać od społeczeństwa respektu dla prawa, jego przestrzegania? Czy możemy wymagać szacunku dla sądów i ludzi, którzy w nich wydają wyroki? W imieniu Rzeczpospolitej? Tak, pod warunkiem, że uda się zdemontować ten patologiczny układ”. Cóż, generalizowanie to specjalność autorki. Mam nadzieję, że zdemolowanie tego „patologicznego układu”, a jak dobrze rozumiem, chodzi o sądownictwo jako całość, nie jest podyktowane wiejącymi obecnie wiatrami historii. Niestety dostrzegam codziennie takie postawy: „muszę zrobić odpowiednie wrażenie, bo kredyt, bo dziecko”... Oczywiście to zjadliwa uwaga, ale przecież w felietonie mogę sobie pozwolić na więcej.

DGP to mój ulubiony dziennik. Darzę go szacunkiem za obiektywizm, profesjonalizm i różnorodność poglądów. Pani redaktor opisuje m.in. sprawę krakowskich biznesmenów, których historia stała się kanwą filmu „Układ zamknięty”. Jest tam pokazana patologia w pracy m.in. prokuratury. Oglądałem go wielokrotnie – świetni aktorzy, dobry scenariusz. Można go zaliczyć do klasyki kina tego gatunku. Oczywiście patologie można śledzić w każdej dziedzinie życia społecznego. Nieważne, czy to pijany sędzia, czy sprzedajny dziennikarz, który bierze pieniądze, powołując się na wpływy. Jednak starajmy się zawsze przedstawiać dwie strony medalu. Pani redaktor w swoim felietonie opisuje wyrok krakowskiego sądu z 2013 r., który skazał, tu warto zaznaczyć, jeszcze nieprawomocnie, biznesmenów, którzy stali się pierwowzorami bohaterów filmu. Rozmawia nawet z jednym z nich, który, co jest normalne w takiej sytuacji, zarzuca sądowi błędy. Zadziwia mnie jednak fakt, że redaktor zajmuje się sprawą akurat na kilka dni przed rozpatrywaniem jej przez sąd drugiej instancji, a w tym specyficznym felietonie nie ma ani jednego cytatu z aktu oskarżenia czy uzasadnienia sądu, który wydał nieprawomocny wyrok. Do rzecznika prasowego sądu też chyba nie chciało się zadzwonić.

Później pani redaktor opisuje przypadek asystentki sędziego, która zdaniem autorki, naraziła się prezesowi i przez to straciła pracę. A teraz niesprawiedliwy i okrutny sąd „nie spieszy się, żeby się tym zająć” i pani redaktor pyta: „Czy normalny, zdrowy na umyśle sędzia zrobi coś, co uderzałoby w interesy innego sędziego? Musiałby, proszę o wybaczenie, być wariatem”. Chyba muszę w tym miejscu zaprosić panią redaktor na rozprawy dyscyplinarne, które od lat są jawne, a jako lekturę polecić „Zbiór urzędowy orzecznictwa SN w sprawach dyscyplinarnych”, by mogła się przekonać, jak surowi potrafią być sędziowie dla tych sędziów, którzy łamią zasady etyki. Ciekaw jestem, czy pani redaktor wyleciałaby z zawodu po jednorazowym nadużyciu alkoholu? Takie właśnie wyroki wydaje Sąd Dyscyplinarny i nikogo nie obchodzi, że sprawca miał np. 20 lat nienagannej pracy.

Oczywiście pani redaktor nie omija opisania przypadku, jakim jest pijany sędzia, który miał orzekać pod pływem alkoholu. Jak pisze, sprawa się przedawniła, a bezkarny sędzia wygrał zaległe pobory, a potem bezczelnie pognał z pozwem przeciwko dziennikarzowi, który opisał tę sprawę. Bardzo chciałbym poznać szczegóły tej sprawy, w jakich okolicznościach to się wydarzyło i jakie były rzeczywiste powody, które miały doprowadzić do bezkarności sędziego. Może razem z panią redaktor moglibyśmy coś poprawić w systemie, tym bardziej że kiedyś sądy dyscyplinarne były niejawne i opieszałe. Dziś jest inaczej, wszystko się zmieniło kilka lat temu. Rozprawy są jawne i każdy dziennikarz czy obywatel może w nich uczestniczyć.

Ostatni przypadek, który opisuje pani redaktor, dotyczy sędziego jednego ze stołecznych sądów, którego stan psychiczny budził wątpliwości. Znów pani redaktor bezradnie rozkłada ręce i podkreśla, że wszyscy wiedzieli o jego problemie, ale nikt nie mógł nic zrobić, bo „nie można przecież Wysokiego Sądu wysłać na przymusowe badania psychiatryczne. A szkoda. Nie raz, nie dwa by się to przydało”. Tu chyba pani redaktor wykazała się dodatkowo, delikatnie mówiąc, brakiem znajomości przepisów. Informuję zatem, że art. 70 § 2 prawa o ustroju sądów powszechnych mówi, że „Z żądaniem przeniesienia w stan spoczynku oraz zbadania niezdolności do pełnienia obowiązków przez sędziego i wydania orzeczenia może wystąpić (...) właściwe kolegium sądu”.

Na koniec pani redaktor cytuje znane powiedzenie „Sąd orzekł jak orzekł, a nikomu nic do tego”. Mam nadzieję, że pani redaktor ma świadomość, że do sądów wpływa rocznie ponad 15 mln spraw i nie ma na świecie takiego wymiaru sprawiedliwości, w którym nie zdarzałyby się błędy czy pomyłki. Tak jest w Niemczech czy USA, które często stawiane są nam za wzór, ale w związku z tym żaden poważny dziennikarz w szanowanym piśmie nie postuluje, by „zdemontować ten patologiczny układ”. To, że do wielu zabójstw dochodzi przy użyciu noża, nie oznacza, że od jutra chleb kroimy łyżką. Nawet przy krojeniu chleba można się boleśnie zaciąć. Pewnie każdy miał takie doświadczenie, ale nikt nie rezygnuje z krojenia nożem!

Nie znam pani redaktor osobiście, więc zajrzałem do Wielkiego Brata-Internetu, gdzie pod nazwiskiem pani redaktor pojawił się taki opis: „Jestem świetnym dziennikarzem i jeszcze lepszym redaktorem. Znam się na socjologii, psychologii, makroekonomii, hotelarstwie (technik hotelarz primo voto), polityce. Pracowałam w Super Expressie, Newsweeku, Polsce the Times, Dzienniku Gazecie Prawnej (o radiu nie wspomnę). Umiem zarządzać zespołem i w miękki sposób wypruwać z niego flaki. Nawet jak zwalniam, to mnie lubią...”. Nie wiem, czy pani redaktor pisała to osobiście, ale felieton ma swoje prawa, więc zacytowałem. Nie będę sprawdzał i pytał ludzi, których pani zwalniała, czy rzeczywiście panią lubią, ale mam nieodparte wrażenie, że jeśli była pani dziennikarką tabloidu, to w pani felietonie ten fragment doświadczenia zawodowego wziął górę nad doświadczeniem dziennikarki DGP. Proponuję szklankę zimnej wody.

Jak to dobrze, że to tylko felieton i można sobie pozwolić na więcej.