Każdy zasługuje na szansę – tak właśnie chciałabym zacząć ten tekst. Ale nie mogę. Bo Zbigniew Ziobro swoją szansę już miał. A biorąc pod uwagę jego wypowiedzi wygłaszane w trakcie kampanii wyborczej, można by dodać, że na drugą nie zasługuje. No, ale ją dostał. Nie ma więc co bredzić o tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Czas przygotować się na zmiany!

Jednym ze sztandarowych pomysłów nowego ministra sprawiedliwości jest zupełnie nowy model postępowania dyscyplinarnego sędziów. Przedstawił go w trakcie kampanii wyborczej w jednej z audycji telewizyjnych. Mówił wówczas, że w takich sądach powinni zasiadać obywatele. Bo przecież nie może być tak, że „koledzy sądzą kolegów”. I tym oto sposobem pan minister już niedługo spełni jedno z moich największych marzeń. W jedynym ze swoich tekstów wspominałam, że zawsze chciałam zostać sędzią. Los jednak napisał dla mnie inny scenariusz. No i, co tu ukrywać, zabrakło mi determinacji w dążeniu do tego celu. No ale teraz, bez straty czasu i sił na jakąś tam naukę, będę miała szansę zasiąść za sędziowskim stołem! Mało tego – nie będę jakimś tam szeregowym sędzią z rejonu. Od razu zostanę „supersędzią”! Bo chyba tak należy nazwać kogoś, kto nie ma odpowiednich kwalifikacji, a mimo to będzie oceniał pracę zawodowych sędziów. Jest tylko jeden problem. Ja nie lubię, gdy ktoś mi mówi, co mam myśleć i robić. A tymczasem pan minister wyznaczył już jasne zadania dla osób, które zasiądą w takich obywatelskich sądach dyscyplinarnych. Mają one „wystrzeliwać jak z katapulty tych sędziów, którzy przynoszą wstyd wymiarowi sprawiedliwości”. Zbigniew Ziobro wskazał również bez ogródek, kogo konkretnie ma na myśli. Czy chodzi mu o sędziów, którzy są stronniczy, biorą łapówki, są niesumienni i krzywdzą swoimi wyrokami „zwykłych obywateli”? A gdzież tam! Wystrzelić z katapulty należy tych, którzy wydawali wyroki w głośnych sprawach politycznych! I, co oczywiste, wydawali je niezgodnie z oczekiwaniami partii. To by było na tyle, jeżeli chodzi o troskę o losy zwykłych obywateli.

Propozycja dotycząca zmian w modelu postępowania dyscyplinarnego to oczywiście tylko jeden przykład z pomysłów nowego pana ministra na „wzięcie sędziów za twarz”. A oznacza to jedno – czas przygotować się na prawdziwe trzęsienie ziemi.

Część środowiska machnie na to wszystko ręką. Przekonani są bowiem, że zapowiadanych zmian i tak nie da się przeprowadzić, bo przecież nie pozwala na to konstytucja. To prawda, pytanie jednak, czy i ona już niedługo nie padnie ofiarą reformatorskich zapędów wygranych partii. Taka groźba w każdym razie istnieje.

Sprawa jest więc poważna. Co gorsza, wydaje się być beznadziejna. No bo jak przekonać zwykłego Kowalskiego, że jemu również powinno zależeć na tym, aby w państwie zachowana była zasada trójpodziału władz? Że tu naprawdę nie chodzi o partykularne interesy środowiska sędziowskiego? Będzie ciężko. I środowisko nie jest tutaj bez winy. W ostatnich latach zajmowało się bowiem przede wszystkim tymi kwestiami, które dotykały je bezpośrednio. To się musi zmienić: sądy i sędziowie muszą się zbliżyć do obywateli. I właśnie tego jako obywatel oczekiwałabym teraz od środowiska. Natomiast nowemu panu ministrowi chciałbym zadedykować słowa jednego z wielkich, starożytnych mędrców. Myślę zresztą, że mogą się one okazać niezwykle cenną wskazówką dla wszystkich rządzących po tym, jak już uda im się odesłać do lamusa obecną konstytucję. A słowa te brzmią tak: „czego nie zabrania prawo, zabrania wstyd”. ©?