Obiema rękami podpisuję się pod propozycją zakazania tirom wyprzedzania na autostradach. Szczerze mówiąc, zabroniłbym im również wykonywania tego manewru na wszystkich innych drogach w kraju. Bez żadnych wyjątków. Z prostego względu – ich kierowcy w większości przypadków są gruboskórnymi, antypatycznymi typami, którzy wykorzystują masę i rozmiar swoich pojazdów do prowadzenia drogowego terroru. Świetnie wiedzą, że mogą więcej, nie ryzykując przy tym niczego poza kilkoma zbitymi butelkami piwa, które wiozą na pace. Wyprzedzają w najmniej odpowiednim miejscu i czasie, zajeżdżają drogę, wymuszają pierwszeństwo. Są nieśmiertelni. I tłumaczą to zawsze tak samo: to nasza praca, musimy dowieźć towar na czas. Serio? To ile czasu może zaoszczędzić ktoś, kto na autostradzie jedzie 89 km/h i postanawia wyprzedzić swojego kolegę „wlekącego się” 88 km/h? Podpowiem wam: na trasie z Warszawy do Poznania będzie to około 120 sekund. Dwie minuty oszczędności po to, by innym uprzykrzyć życie i narazić ich na bliskie spotkanie z kilkudziesięcioma tonami stali.

GDDKiA już dawno powinna zakazać tirom wyprzedzania na autostradach – dokładnie w momencie, w którym dotarło do niej, że projektując dwa pasy w jednym kierunku na drodze tranzytowej Wschód–Zachód w 38-milionowym kraju popełniła – mówiąc dyplomatycznie – błąd. Ale jak się nie myślało (i nie słuchało ekspertów), gdy się robiło, to teraz trzeba ratować sytuację półśrodkami.