To, że się nie angażujemy, sami wiemy najlepiej. Co najwyżej jesteśmy biernymi kibicami, przyglądającymi się, jak rzeczywistość przecieka nam przez palce. Życie publiczne nas nudzi i odpycha. Zresztą w ogóle – to żadna nowość, wielokrotnie pisaliśmy o tym w DGP – z polskim kapitałem społecznym od lat jest źle i perspektywy zmiany na lepsze wcale nie widać. Według European Social Survey jedynie co czwarty Polak obdarza zaufaniem innych ludzi. W Norwegii innym ufa 70 proc. ludzi, w Szwecji ponad 60 proc. Średnia unijna to 35 proc., a Polska jest na poziomie Ukrainy, Rosji i Turcji.

Tymczasem w strategii Polska 2030 rząd zapisał, że „będziemy krajem, w którym ludzie potrafią z sobą współpracować i podejmują razem działania dla dobra wspólnego. Zaufanie będzie stanowić jeden z podstawowych komponentów życia społecznego i kulturowego. System edukacji nastawiony będzie w większym stopniu na uzyskiwanie wiedzy i kompetencji sprzyjających kooperacji, ukształtuje postawy i wartości, takie jak tolerancja, otwartość, innowacyjność i kreatywność, a więc cechy niezbędne do pracy zawodowej, ale także do dobrego funkcjonowania w przestrzeni społecznej i publicznej”.

Papier jest cierpliwy i wiele zniesie. Pytanie realne, jak te, dzisiaj mocno teoretyczne, postulaty zrealizować. Jak doprowadzić do wspomnianej kooperacji? Wydaje się, że nie najgorszym pierwszym krokiem w tej dziedzinie jest zjawisko, z którym mamy w Polsce do czynienia mniej więcej od roku, ale dopiero teraz można się pokusić o jego wstępne oceny. To budżet partycypacyjny, czyli próba zaangażowania mieszkańców w bezpośrednie demokratyczne procedury decyzyjne na najniższym możliwym formalnie poziomie organizacyjnym w Polsce, czyli w gminie. Kluczowa jest tu owa partycypacja – mówiąc prościej, udział ludzi w decyzjach jednostek samorządowych dotyczących wydawania pieniędzy na określone, potrzebne lokalnie inwestycje.

Jednym z przykładów realizacji partycypacji jest Warszawa, która właśnie zakończyła (26 czerwca) głosowania nad kolejnymi projektami obywatelskimi. Początkowo przeprowadzono pilotaż w Śródmiejskim Domu Kultury, gdzie przyznaną z budżetu miasta kwotę pieniędzy na funkcjonowanie podzielono dokładnie tak, jak chcieli tego mieszkańcy. Potem do partycypacji włączono wszystkie 18 dzielnic stolicy. W 2014 r. pierwsza edycja partycypacji zakładała wydanie 26 mln zł. W tym roku już 50 mln zł, za rok ma to być 70 mln zł, a w 2017 r. aż 100 mln zł.

Udział w poszczególnych projektach i walka o uzyskanie finansowania dla nich integrują lokalne społeczności, powodują, że ludzie, pracując organicznie, zbliżają się do siebie. Tworzą prawdziwe wspólnoty, skupione wokół zagadnień niewidocznych w skali ogólnopolskiej, ale dla wielu z nich lokalnie niezwykle istotnych: przejścia dla pieszych w niebezpiecznym miejscu, brakującego fragmentu chodnika, ławek w parku, ścieżki rowerowej, oświetlenia ciemnej ulicy, świetlicy integracyjnej w gorszej dzielnicy, siłowni na świeżym powietrzu, fontanny. To wszystko nie są rzeczy ani spektakularne, ani tym bardziej drogie, ale ich zorganizowanie daje mieszkańcom dumę z tego, że ich głos jest respektowany, a propozycje uznawane za ważne i realizowane.

Jak ocenia Tomasz Styś, ekspert w tematyce samorządu terytorialnego i rozwoju regionalnego z Instytutu Sobieskiego, budżety partycypacyjne mogą być instrumentem wyzwalającym zainteresowanie mieszkańców najbliższym sąsiedztwem i sprawami swojej gminy. Mimo że wysokość rocznych wydatków w ramach tych projektów to w większości jednostek samorządowych, szczególnie małych, wciąż kropla w morzu wydatków ogólnych.

Z drugiej strony dla władz samorządowych taki instrument jak budżet obywatelski może być wygodnym alibi: macie tu swoje kilka czy nawet kilkadziesiąt milionów złotych do rozdysponowania na „wasze”, obywatelskie projekty, ale nie macie przez to prawa do oceny celowości „naszych”, liczonych w setkach milionów wydatków. W skrajnych przypadkach partycypacja może maskować brak innych pomysłów na rozwój. Czytając niektóre propozycje zawarte w budżetach partycypacyjnych, można bowiem odnieść wrażenie, że zostały wytypowane na zasadzie: „Zsumujmy to, co i tak mieliśmy wydać na różne drobne remonty, nazwijmy to budżetem partycypacyjnym i ogłośmy sukces”.

W opinii Marcina Rzońcy, byłego wiceburmistrza warszawskiego Śródmieścia i radnego stolicy, duża część projektów zgłaszanych przez mieszkańców dla zasady jest przez samorządy torpedowana. Chociaż wstępnie oceniane są pozytywnie, potem nie wiedzieć dlaczego okazuje się, że jednak są niewykonalne. Bywa tak dlatego, że urzędnikom nie chce się realizować nowatorskich i odważnych, leżących tylko w interesie mieszkańców, a nie władzy projektów obywatelskich. Zbyt duże ryzyko, zbyt wiele pracy, zbyt mały splendor.

Przez to dochodzi do wynaturzeń. Radni zgłaszają projekty teoretycznie obywatelskie, które miały być realizowane wcześniej z budżetu gminy, ale zabrakło na nie pieniędzy. Realizuje się je zatem, później dorabiając ideologię partycypacyjną i wielkie, chociaż puste hasła o esencji demokracji, czyli najbardziej oddolnym poziomie decyzji społecznych. Takie działania doszczętnie dewastują tę ideę, ważną i potrzebną, ale jak dotąd w polskich warunkach spatologizowaną i rachityczną.

Niestety, patologii związanych z obywatelskim projektowaniem wydatków gmin jest znacznie więcej. W Częstochowie radni odrzucili bez większych ceregieli większość z 530 wniosków zgłoszonych przez mieszkańców. Nikomu nie wyjaśniano dlaczego, czym skompromitowano ideę partycypacji. W Łodzi kilkadziesiąt projektów obywatelskich zawisło na włosku. Ostatecznie zdecydowano się na realizację nowego lokalnego symbolu – Bramy Miasta, czyli kompleksu budynków autorstwa Daniela Libeskinda. Duża część wpływów uzyskanych z tej realizacji przez miasto miała być przeznaczona na projekty obywatelskie. Z kolei radni PiS z Mielca zdecydowali, że nie będą maszynkami do głosowania i nie poprą projektu wydatków obywatelskich, bo ma on jeden dość duży feler. Władzom miasta zabrakło czasu na skonsultowanie go z mieszkańcami.

W kontekście takich wpadek nie może dziwić konstatacja Fundacji Batorego, w praktyce podważająca sens przygotowywania budżetów obywatelskich, szczególnie w małych gminach, gdzie do kwestii partycypacji podchodzi się w sposób zupełnie amatorski. Dariusz Kraszewski i Karol Mojkowski w pracy „Budżet obywatelski w Polsce” piszą tak: „Przygotowywanie planów wprowadzenia budżetów obywatelskich bez udziału mieszkańców wydaje się jednym z głównych problemów. Podobnie sytuacja ma się w przypadku już funkcjonujących budżetów, w których skupiono się na organizacji głosowania mieszkańców, zapominając o kluczowej sprawie, jaką jest umożliwienie obywatelom dyskusji w czasie spotkań poświęconych wyzwaniom i problemom, przed jakimi stają ich społeczności”.

Podobnie krytyczną diagnozę można znaleźć w bardzo ciekawym opracowaniu autorstwa Wojciecha Kębłowskiego wydanym przez Instytut Obywatelski pod koniec 2014 r. Autor pisze w nim mniej więcej tak: „Budżet partycypacyjny po polsku opiera się na zasadach, które zazwyczaj są przygotowywane odgórnie, bez konsultacji z mieszkańcami. Ich opracowanie, często w ekspresowym tempie, zdaje się odbywać pod silnym (a zarazem mało produktywnym) wpływem doświadczeń innych miast. W modzie na budżet partycypacyjny brakuje refleksji nad celowością kopiowania”.

Jak podał zmarły już teoretyk demokracji bezpośredniej w Polsce Rafał Górski w książce „Bez państwa. Demokracja uczestnicząca w działaniu”, pionierem partycypacji budżetowej stało się brazylijskie Porto Alegre. Działający tam w latach 80. i 90. XX wieku ruch społeczny skłonił nowego burmistrza do przekazania władzy nad budżetem miejskim zgromadzeniom mieszkańców. Od tej pory to nie radni i urzędnicy, lecz obywatele zaczęli decydować o nowych inwestycjach. Trwa to do dziś. Podczas rocznego cyklu zgromadzeń mieszkańcy układają „listę sprawunków” dla władz i pilnują jej realizacji. Porto Alegre, liczące ponad 1,3 mln mieszkańców, stało się największym na świecie poligonem doświadczalnym demokracji bezpośredniej. W latach 2000–2004 wszystkie oficjalne i nieoficjalne zebrania mieszkańców gromadziły od 150 do 200 tys. osób. Po raz pierwszy w dziejach instytucji samorządowych, pomijając okresy rewolucyjne, powstała sytuacja dwuwładzy: powołano do życia równoległe wobec rady miasta instytucje demokratyczne, tj. zgromadzenia mieszkańców, Fora Delegatów i Radę Budżetu Partycypacyjnego. Wbrew wcześniejszym obawom nie powstały ani rządy tłumu, ani chaos. Przeciwnie, po raz pierwszy przestał istnieć rozdźwięk między pracą administracji i rady miejskiej a oczekiwaniami obywateli.

W Polsce pomysłów obywatelskich jest wiele, ale realizuje się ich ułamek. Z drugiej strony gdyby nie współudział mieszkańców, nie powstałoby Centrum Integracyjne dla Osób Niepełnosprawnych na warszawskim Ursynowie, kilka kilometrów pasów rowerowych w dzielnicy Targówek, nie zrewitalizowano by również zaniedbanych okolic ulicy Kinowej na Kamionku. Poznań rozbuduje Hospicjum Pallium, zbuduje Wartostradę, ciąg pieszo-rowerowy nad Wartą, powstanie też ośrodek krótkiego pobytu dla osób niepełnosprawnych oraz rodzinny plac zabaw na Malcie. W Gdańsku z kolei wyremontowano kilkanaście szkół.

Pewnie mogłoby być więcej. Zawsze jednak od czegoś się zaczyna.

W Częstochowie radni odrzucili większość z 530 wniosków mieszkańców. Nie wyjaśnili dlaczego