– Coś jest z nami nie w porządku, jeśli tak bardzo łatwo godzimy się na masową inwigilację – powiedziałem niedawno do zawsze cierpliwie wysłuchującej mnie pewnej profesor Francuskiej Akademii Nauk. Profesor jest inteligentną kobietą, ekspertem w dziedzinie reżimów totalitarnych i europejskim autorytetem w kwestii migracji przymusowej w Europie Centralnej i Rosji. – To przez ideologię bezpieczeństwa. To ona usprawiedliwia wszystko – odpowiedziała.

„Hm, jakże typowe dla francuskiego intelektualizmu” – pomyślałem. (Jako Brytyjczyk nie ufam francuskim intelektualistom, choć odnoszę się z szacunkiem do ich ciętych obserwacji). Ale narastała we mnie myśl, że to nie tylko przesadna reakcja na zagrożenie terrorystyczne zmusza zachodnie demokracje, a także ich obywateli do porzucania swobód, które do niedawna wydawały się oczywiste. Wolność musiała przesiąść się do drugiej (nawet trzeciej) klasy, tymczasem bezpieczeństwo wygodnie rozsiadło się w przedziale klasy pierwszej i pije darmowego szampana.

Ideologia to bardzo mocne słowo. A bolesne zetknięcie się Polski z dwoma XX-wiecznymi ideologiami sprawiło, że jesteście na to słowo wyjątkowo uczuleni. Ale z ideologią jest jak 57 sosami firmy Heinz – występuje, tak jak one, w wielu odmianach. Choć współcześnie słowo to, według prof. Terry’ego Eagletona, ma pejoratywny wydźwięk, to w pierwotnym swoim znaczeniu oznaczało zbiór idei – nawet nieuświadomionych – kierujących życiem społeczeństwa. I, co ważne, choć wcale nie jest pożądane, ten zestaw idei może być zaakceptowany przez całą wspólnotę. Tak się właśnie stało z ideologią bezpieczeństwa.

Dobrobyt i pokój, którymi cieszymy się w Europie, zrodziły w nas przekonanie, że musimy być chronieni przed każdą przeciwnością losu. Że dla zachowania bezpieczeństwa państwo powinno posunąć się do najbardziej niemoralnego, złego i odrażającego działania. Starsze kobiety potulnie zdejmujące obuwie przed bramką na lotnisku i godzące się na przetrząsanie bagaży są dowodem na to, jak głęboko zakorzeniła się w nas ideologia bezpieczeństwa totalnego. Prowadzi to do absurdalnych sytuacji i daje władzę osobom, które nie mogą się oprzeć pokusie jej wykorzystania. Ochrona niepozwalająca robić zdjęć budynkom, konfiskowanie butelki amolu przez pracowników polskiego lotniska, zakaz wniesienia zestawu kluczy rowerowych na teren rozgłośni radiowej...

Jeśli przenieść się o poziom wyżej, należy wspomnieć o antyterrorystycznym prawie wykorzystywanym przez policję przeciwko pokojowym demonstrantom i o absurdalnych zasadach bezpieczeństwa podczas spotkań międzynarodowych. Na przykład ochrona uczestników ostatniego dwudniowego szczytu G7 w Bawarii kosztowała 300 mln euro. Całkiem niedawno brytyjska policja właśnie zagrożeniem terrorystycznym próbowała uzasadnić wyposażenie funkcjonariuszy w paralizatory (a musisz pamiętać o tym, Czytelniku, że nienoszenie broni przez policjantów jest kluczowe dla tożsamości Brytyjczyków i dlatego pomysł wywołał ogólną konsternację. Choć ideologia bezpieczeństwa przeniknęła już tak głęboko, że wcześniej czy później nasi policjanci dostaną broń).

W tym roku moja ojczyzna obchodzi 800. rocznicę uchwalenia Magna Carta (nazywanej również Wielką Kartą Swobód). Dokument ten ograniczał władzę państwa (wtedy monarchy) i ustanawiał prawa niszczone dziś w interesie bezpieczeństwa. Po ośmiu wiekach Wielka Brytania znowu wprowadziła tajne sądy, w których imię oskarżonego jest utajnione, oskarżenie nie jest publiczne, a oskarżony nie ma prawa zapoznania się z materiałem dowodowym. Mamy tajną policję, która infiltruje nie tylko komórki terrorystyczne, lecz także organizacje pozarządowe działające w granicach prawa. W niektórych przypadkach policjanci działali jako prowokatorzy i nawet mieli dzieci z niczego niepodejrzewającymi członkiniami takich organizacji!

Bezpieczeństwo państwa i jego obywateli było pretekstem do zaprowadzania despotycznych rządów od niepamiętnych czasów, ale obserwowanie tego zjawiska w państwach Zachodu jest przygnębiające. Na dodatek dzięki technologiom, o których Hitler, Stalin oraz inni despoci mogli tylko pomarzyć, służby specjalne zyskały przeogromne możliwości inwigilacji. Niestety, ideologia pozwalająca demokratycznym państwom wykorzystywać technologie przeciwko własnym obywatelom i obywatelom innych państw bardzo głęboko zakorzeniła się w naszym postrzeganiu świata. Uważamy, że musimy być chronieni i bezpieczni za wszelką cenę.

Dokumenty ujawnione przez Edwarda Snowdena (pracownik CIA, który ujawnił sposoby działania amerykańskich agencji wywiadowczych, obecnie ukrywa się na terenie Rosji – red.) pokazują, jak bardzo państwo może wymknąć się spod kontroli. I jak łatwo jest mu ukryć działalność przed opinią publiczną. Agencje bezpieczeństwa, takie jak amerykańskie CIA i NSA, brytyjska GCHQ czy niemiecka BND, szpiegowały przecież korporacje, premierów, prezydentów, uczestników negocjacji handlowych, instytucje UE i własnych obywateli. Podstęp w stosunku do osób stwarzających realne zagrożenie jest jak najbardziej zrozumiały, lecz warto przypomnieć Jamesowi Clapperowi, szefowi prezydenckiego krajowego biura wywiadu, że okłamywanie demokratycznie wybranych przedstawicieli narodu jest niedopuszczalne (w 2013 r. Clapper przekonywał kongresmenów, że NSA nie zbiera informacji o obywatelach USA; to twierdzenie obaliły rewelacje Snowdena – red.).

Dzięki Snowdenowi wiemy, że działania służb specjalnych były w dużej mierze nielegalne, dlatego tak interesująca dla nas powinna być reakcja państw na ujawnienie tych sekretów. Można pozazdrościć Amerykanom, którym w końcu udało się naprawić Patriot Act (nazwa ustawy iście orwellowska) i ograniczyć prawo NSA do szpiegowania własnych obywateli (choć szpiegowanie obywateli innych państw, m.in. kanclerz Angeli Merkel, wydaje się nadal być w porządku). Brytyjczycy przyjmują tymczasem ustawę pozwalającą GCHQ na kontynuowanie programów inwigilacji, podobnie postępują Francuzi. Hipokryzję Niemiec w kwestiach bezpieczeństwa lepiej przemilczeć.

Ideologia bezpieczeństwa stworzyła wiele niedemokratycznych, nielegalnych i niemoralnych zachowań oraz odegrała znaczącą rolę w ograniczeniu swobód obywatelskich. Warto zadać sobie pytanie: czy to wszystko było warte tego, byśmy czuli się bezpiecznie? Stanowczo nie.

Pora porzucić argument zagrożenia terrorystycznego. To zagrożenie jest bardzo niewielkie i w żaden znaczący sposób – używając tego wzniosłego określenia, tak lubianego przez polityków – nie podważyło zachodniej cywilizacji i bliskich jej wartości. Epidemia otyłości, brak efektywnej służby zdrowia, palenie, piractwo drogowe, bieda, alkoholizm i bezrobocie – to są realne zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa. Obsesja na punkcie terroryzmu, którą można lepiej określić jako przemoc stosowaną w politycznych celach, wpłynęły na nasze życie na mnóstwo sposobów, w stopniu absolutnie nieproporcjonalnym do faktycznego zagrożenia. To nasza odpowiedź na terroryzm przeczy wartościom, czy są to tajne sądy, masowa inwigilacja, niedorzeczne ograniczenia w centrach handlowych czy zasady bezpieczeństwa podczas konferencji.

Nie chcę powiedzieć, że politycznie motywowane zabójstwa nie są poważnym problemem i że trzeba je ignorować, tylko że ideologia bezpieczeństwa za wszelką cenę zniekształca naszą reakcję i prowadzi do stosowania radykalnych środków w zwalczaniu podłych, ale rzadkich aktów przemocy. Tracimy więcej, niż zyskujemy. Warto przypomnieć słowa Benjamina Franklina: „Ci, którzy rezygnują z wolności dla odrobiny tymczasowego bezpieczeństwa, nie zasługują ani na jedno, ani na drugie”.