Komentarz tygodnia

Prezydenckie prawo łaski. Słyszał o nim prawie każdy. A mimo to instytucja ta jest jedną z najbardziej enigmatycznych w polskim prawie.

O ułaskawieniu znów zaczęło być głośno za sprawą wypowiedzi Janusza Wojciechowskiego, europosła, który po zaprzysiężeniu Andrzeja Dudy na prezydenta ma pełnić w jego kancelarii funkcję szefa biura pomocy prawnej. Ogłosił on, że będzie namawiał nową głowę państwa do stosowania prawa łaski w szerszym niż dotychczas zakresie.

Jako że jestem z wykształcenia prawnikiem, słowa te sprawiły, że od razu się najeżyłam. No bo jak to może być, że jeden człowiek w państwie będzie teraz na nowo – według własnego widzimisię – wypełniał treść prawa łaski? To przecież niedopuszczalne! Nawet jeżeli tym człowiekiem jest sam prezydent.

Ale muszę przyznać, że w zasadach ułaskawienia nie jestem biegła. Na studiach traktuje się je po macoszemu. Jeżeli ktoś nie pisze magisterki z prawa konstytucyjnego, może nawet nie zauważyć tego przepisu ustawy zasadniczej. No właśnie, przepisu. Jednego. I to bardzo krótkiego, bo składającego się zaledwie z dwóch zdań: „Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu”. I właściwie tyle, jeśli nie liczyć artykułu o tym, że akt ten nie wymaga kontrasygnaty premiera.

Czy to możliwe, żeby taka lakoniczna regulacja wystarczyła? Na pewno są jakieś przepisy w ustawach zwykłych, które dookreślają tę prezydencką prerogatywę. Rzuciłam się do przedzierania przez gąszcz regulacji. Im dłużej szperałam, tym większe ze zdziwienia robiły się moje oczy. Okazało się bowiem, że poszukiwanych przeze mnie przepisów po prostu nie ma.

Wiem, wiem, ułaskawienie jest pozostałością z czasów monarchii. A przecież nikt królowi nie miał prawa mówić, co może robić, a czego nie. A jednak nie mogę i nie chcę się z tym pogodzić. I to nie tylko dlatego, że od dłuższego już czasu mamy w Polsce zgoła inny ustrój. Nikomu też chyba nie trzeba przypominać, jakie wpadki zaliczyli poprzedni prezydenci, sięgając po tę prerogatywę. A przecież – biorąc pod uwagę szumne zapowiedzi europosła Wojciechowskiego – korzystali z tego instrumentu dość powściągliwie. A teraz proszę popuścić wodze fantazji i wyobrazić sobie, co może się dziać po tym, jak prezydent Duda ulegnie namowom i naprawdę uwierzy, że jest „pierwszym sędzią Rzeczypospolitej”. Szkoda, że takiej wyobraźni zabrakło naszemu ustawodawcy. ©?

źródło: Dziennik Gazeta Prawna