Niektórzy z postulatorów tak przywykli do tej roli, że kiedy odpowiedni projekt przestał być przedmiotem tylko gabinetowych i resortowych debat i trafił na ścieżkę parlamentarną, poczuli się zagrożeni. Perspektywa zdjęcia z afisza spektaklu pod tytułem „Debata nad systemem pomocy dla ubogich” oznacza dla nich, że tracą pole publicznej, ale niekiedy też jednocześnie zarobkowej aktywności. Spektakl grano od ponad dziesięciu lat. Nawiasem mówiąc, premiera miała miejsce, kiedy ministrem sprawiedliwości był radca prawny. Ówczesny projekt jak i następne nie wychodziły poza fazę konsultacji międzyresortowych. Kluczowe znaczenie miało bowiem stanowisko resortu ze Świętokrzyskiej – czyli brak lub też zbyt skąpe możliwości finansowania proponowanego systemu. Postulatorzy zgodnie podnosili wówczas, że środki znaleźć się powinny i to „choćby spod ziemi”, bo pomoc prawna dla ubogich działa już „nawet w Albanii” (skądinąd nie wiem, dlaczego akurat ten kraj wymieniano), a w Polsce wciąż nie. Obecny projekt jest już po pierwszym czytaniu w Sejmie. Jest szansa na uchwalenie i wejście w życie ustawy z początkiem 2016 r. Ma ona zapewnione finansowanie na poziomie 100 mln zł rocznie. Co na to niektórzy postulatorzy?

Jedni mówią, że to za mało. Inni – że za dużo. Wreszcie nie brak i takich, którzy są „za, a nawet przeciw”. Taki, wydawałoby się nielogiczny, tryptyk jest faktem. Wszystko zależy bowiem od tego, jakich kto efektów oczekuje. Dla postulatorów, którzy chcieliby np. rozszerzenia kręgu uprawnionych do pomocy, ustawa w projektowanym kształcie będzie niewystarczająca. Dla tych, którzy uważają, że katalog uprawnionych należałoby zawęzić i np. wykreślić z niego osoby po 75. roku życia (bo w tej grupie znajdują się wszak i ubodzy, i zamożni), ustawa będzie niesprawiedliwa. Z kolei przyjęcie zasady (aczkolwiek z licznymi wyjątkami), że pomocy prawnej opłacanej przez państwo udzielać mają adwokaci i radcowie prawni, jeden z postulatorów określił jako fuchę dla wybrańców. Inny stwierdził, że dziwi się, iż przewidziano na to aż tak dużo pieniędzy z budżetu, bo jego zdaniem „wszystkie cele w tym zakresie” (nie wiem, co w tym wypadku znaczą pojęcia „wszystkie” i „w tym zakresie”) można osiągnąć przy pomocy internetu i siłami raptem paru ludzi. Ta technologia – którą ten konkretny postulator ma ponoć sprawdzoną – kosztowałaby według niego zaledwie kilka, a nie 100 mln zł. To świetna wiadomość dla ministra finansów. Miejmy nadzieję, że nie zostanie potraktowana poważnie.

Generalnie postulatorzy są za ustawą, tylko nie taką. Są więc za dalszą rozległą debatą, która może nie mieć końca. Można oczekiwać wszystkiego i nie mieć nic. Można mieć choćby trochę i na tym budować więcej. Jestem zwolennikiem tego drugiego rozwiązania – nie tylko w sprawie ustawy o opłacanej przez państwo pomocy prawnej. Żyję nadzieją, że filozofię tę podzielają także posłowie, w rękach których jest teraz rządowy projekt.