Zapewnienie ogólnodostępnego poradnictwa prawnego stało się sztandarowym projektem Ministerstwa Sprawiedliwości – niezależnie, kto nim steruje. I wszystko wskazuje na to, że ustawa będzie lokomotywą jesiennej kampanii do parlamentu.

Najpierw myślałem, że odrobina populizmu wyjdzie wszystkim na dobre. Teraz się obawiam, że to, co dla ustawy o bezpłatnej pomocy miało być błogosławieństwem, może stać się jej przekleństwem. Bo czasu do wyborów coraz mniej, a wątpliwości coraz więcej. Koncentrowanie się na kwestii, kto (radca, adwokat czy magister prawa) ma udzielać poradnictwa, zamiast na tym, jakie kompetencje i kryteria ma spełniać, doprowadziło do absurdu. Przecież gdyby zastrzec darmowe poradnictwo tylko dla adwokatów i radców, to okazałoby się, że profesor prawa niebędący członkiem samorządu nie mógłby takiej pomocy udzielać.

Co jednak z tego, że MS nie ugięło się pod lobbingiem korporacji zawodowych, skoro nie zadbało, by prawa osoby korzystającej z porady były jednakowe, niezależnie od tego, jaki prawnik jej udziela? To, że prawnicy niebędący adwokatami, radcami czy doradcami podatkowymi nie będą ubezpieczeni od odpowiedzialności cywilnej ani nie będą zobowiązani do zachowania tajemnicy, nie jest argumentem za tym, że należy ich z tego poradnictwa wykluczyć. Po prostu w projekcie powinien znaleźć się wymóg posiadania polisy OC oraz zastrzeżenie, że osoba udzielająca porady zobowiązana jest do zachowania tajemnicy w rozumieniu przepisów kodeksu postępowania karnego.

Określenie wymagań, jakie spełnić ma prawnik, bez wskazywania grupy zawodowej, miałoby też tę zaletę, że pomoc świadczona byłaby przez tych, którzy chcą to robić. Bo im dłużej trwają prace nad ustawą, tym większe wśród adwokatów przekonanie, że będzie to kolejny sposób na zmuszenie ich do pracy za stawki, które obok rynkowych nawet nigdy nie stały.