Usłyszałam w odpowiedzi głuchy śmiech. – Nie! Najprostszą drogą do problemów jest zaangażowanie się w sprawę. Myślenie. Zagłębianie się. Sprawdzanie powiązań czy szukanie sprawstwa kierowniczego – skorygował mnie rozmówca.

Dopiero zaczynam rozumieć: najgłupszą rzeczą, jaką może sobie zrobić prokurator, jest rozkręcanie prowadzonej sprawy. Ma przecież na głowie kilkaset innych, bieżący wpływ i jasny cel: pokryć go. Dla niewtajemniczonych dodam, że wpływ i pokrywanie go to w prokuraturze coroczny rytuał. Wręcz fetysz. Prokuratura musi pokryć wpływ, czyli załatwić tyle spraw, ile do niej wpłynęło. Najlepiej, aby liczba spraw załatwionych była równa lub wyższa od liczby tych, które wpłynęły.

W tej sytuacji lepiej nie strzelać sobie w stopę i nie rozkręcać śledztw, nawet jeśli coś jest na rzeczy. Jeśli więc na biurko prokuratora trafia przykładowo sprawa wyłudzania kredytów na słupy, dobry prokurator – ten, który chce mieć wyniki – nie będzie dochodził, jaka zorganizowana grupa za tym wszystkim stoi. Ściga tego, kto najwolniej ucieka: słupa, który pokazał dowód osobisty w banku. Ten bowiem śledczy, który zaangażuje się w dojście do sedna, sporo ryzykuje: nie daj Boże wykryje rzeczywistych sprawców procederu i okaże się jeszcze, że mają na koncie wiele takich numerów. Biedak ani się nie obejrzy, a będzie już leżał pod sprawą nie na kilkadziesiąt stron, a na kilkadziesiąt tomów. Co powie, gdy zacznie się kontrola? Co, gdy nadzorca zapyta o trzy pobicia, w których od miesiąca nie wykonał żadnych czynności? Będzie się bronił, że skupił się na tej wielowątkowej sprawie wyłudzeń? Uprzedzam, nikt tego nie kupi. Bo świetny prokurator ma świetne wyniki. Przynajmniej na papierze.