Jeszcze przed remontem mostu Grota-Roweckiego w Warszawie był tam zjazd w kierunku Augustowa (i na ul. Modlińską). Jednopasmowy, więc wiecznie zakorkowany niemiłosiernie. Ale obok był pas, który prowadził na Bródno i Targówek. Cwaniaczki, w tym ja (przyznaję z pokorą), jechały tą właśnie jezdnią, by w ostatniej chwili wciskać się na sąsiednią. Z godnością znosiłam trąbienie, sygnały światłami, nieprzyjazne spojrzenia. Nieprzyjemnych epitetów szczęśliwie udawało mi się nie wysłuchiwać. Do czasu. Bo pewnego dnia kolega redakcyjny, który wracał codziennie do domu tą samą trasą co ja i uczciwie stał w korku, wypalił do mnie: – To ty jesteś jednym z tych chamów drogowych. Przez ciebie i tobie podobnych kwitnę w kolejce aut, bo staram się jeździć kulturalnie.

Nie broniłam się. Sławek miał rację. Zawdzięczam mu, że przemyślałam swój sposób zachowania na jezdni. Nie tylko w mieście, lecz także w trasie. Zapisałam się do grona kulturalnych kierowców, co to m.in. włączają kierunkowskazy (akurat to wcześniej też robiłam), nie wyprzedzają na trzeciego (co mi się czasem zdarzało), pozwalają włączyć się do ruchu (kobiety podobno tego nie czynią z natury) czy zatrzymują się przed przejściem dla pieszych, gdy stoi tam chociaż jedna osoba (poprzednio różnie z tym bywało). Przez kilka lat pilnie też obserwowałam, jak jeżdżą inni. Wniosków pewnie się państwo domyślają, skoro dziś wystartował u nas cykl pod nazwą Wyższa Kultura Jazdy (w zasadzie pierwsza jego odsłona, bo będziemy do takich akcji wracać). Kto się przyłączy?