Okazało się, że gminy nie żyłują do nieprzytomności opłat za odbiór odpadów, czego wszyscy się bali. I dlatego w nowej ustawie zawarto przepis zabraniający jednostkom samorządowym zarabiania na śmieciach. Punktu, że nie wolno im dopłacać do ich wywózki, już nie ma. I dziś większym problemem jest zaniżanie opłat do absurdalnie małych. W efekcie lokalni włodarze muszą głęboko sięgać do sakiewki, co skutecznie psuje im humor. I ja się temu nie dziwię. Ale jestem zszokowana tym, jakie remedium wymyślili na ich kłopot posłowie. Otóż chcą odebrać inicjatywę uchwałodawczą w kwestii opłat za śmieci radnym. Bo ci się na tym nie znają. I kokietują wyborców, proponując stawki typu po złotówce za worek.

Lepiej by więc było, aby to w gestii prezydentów, burmistrzów i wójtów było proponowanie konkretnych opłat. Jednak taki precedens – choćby w śmieciowej sprawie – jest niebezpieczny jako przyzwolenie na ograniczanie demokracji. Na tej samej zasadzie można by odebrać kompetencje Sejmowi (bo też na czym się to zgromadzenie wyznaje?), a ciężar decyzji złożyć w ręce premiera. I już mamy porządek, jak przystało na miłą dyktaturę. Nie tędy droga. Drodzy posłowie, aby poradzić sobie ze stawkami za śmieci, wystarczy wprowadzić przepis o konieczności uchwalania opłat zbilansowanych. A z niepokornymi radnymi lokalni włodarze muszą poradzić sobie inaczej. Sami. Bez ustawy.