Gdyby chodziło tylko o stworzenie funduszu, z którego można by opłacić powroty do kraju pechowców, którzy wykupili wycieczki w bankrutujących firmach, albo pokryć dodatkowe roszczenia klientów takich firm, na które nie wystarczyłoby pieniędzy ze zwykłego ubezpieczenia, nie byłoby problemu. Ale włodarze naszej turystyki, jak należy się domyślać z urzędnikami Ministerstwa Sportu na czele, mają szerszą perspektywę. Chcą, żeby fundusz miał dużo większe uprawnienia: aby zajmował się nie tylko dalekimi wyjazdami z kraju, ale też turystami, którzy zechcą odwiedzić nas, czy też żeby zbierał i analizował informacje o krajowym rynku turystycznym.

Jest więc oczywiste, że trzeba stworzyć zupełnie nowy podmiot, który zatrudni kilkadziesiąt osób, wynajmie siedzibę, kupi do niej komputery i osprzęt analityczny i zabierze się do pracy. Pracą kierować będzie oczywiście prezes nadzorowany przez trzech członków rady nadzorczej (wszyscy będą mianowani przez ministra sportu i turystyki, ale – niespodzianka – tylko jeden będzie reprezentantem ministerstwa). Potrzeba pieniędzy? Niech się państwo nie martwią, przecież to fundusz, z pieniędzmi nie będzie problemu. I będzie oszczędnie – tylko jedna piąta wpłacanych przez was obowiązkowo składek pójdzie na obsługę funduszu. Miejsca pracy są, stanowiska są i wszystko to bez potrzeby angażowania budżetu. Zmyślne?