– Poziom profesjonalizmu, odpowiedzialności oraz uczciwości w polskich przetargach nie odbiega już od standardów europejskich. Czas więc na większe poluzowanie w tej materii. Zamawiający niech raczej zajmują się bardziej precyzyjnie postępowaniami naprawdę o istotnym znaczeniu, a nie drobnicą – przekonuje poseł Szejnfeld.

Przyjęcie projektu oznaczałoby, że urzędnicy mogliby wydać prawie 250 tys. zł brutto z pominięciem jakichkolwiek procedur (próg dotyczy wartości netto).

Pomysł szefa podkomisji wywołuje skrajne reakcje.

– Wiele gmin w ogóle nie udziela większych zamówień, pomijając inwestycje infrastrukturalne. Znikną więc one całkowicie z rynku zamówień publicznych. To propozycja zdecydowanie zbyt daleko idąca, zwłaszcza w czasach kryzysu – ostrzega Arkadiusz Szydłowski, doktorant PAN.

Podobnie uważa Paweł Przychodzeń, ekspert w sprawach zamówień publicznych Fundacji Republikańskiej. Zwraca uwagę, że ludzie oczekują przejrzystości przy wydawaniu publicznych środków.

– Wyjęcie spod zasad jawności, równości i uczciwej konkurencji zamówień o tak dużej wartości stałoby w oczywistej sprzeczności z tymi oczekiwaniami – podkreśla. – W skali całego kraju wyłączymy w ten sposób z systemu zamówień publicznych wiele miliardów złotych – dodaje.

Pomysł posła Szejnfelda popierają przedstawiciele administracji, zwłaszcza tej samorządowej, bo to ona przede wszystkim skorzystałaby na zmianach.

– Przepisy o zamówieniach są zwyczajnie złe. Nie tylko narzucają bezsensowne procedury, ale często zamiast oszczędności powodują straty. Oczekiwałbym jeszcze większego podniesienia progu, do którego nie trzeba ich stosować, ale i tę propozycję witam z zadowoleniem – mówi Andrzej Porawski, dyrektor biura Związku Miast Polskich.

Co ciekawe, w rządzie właśnie toczą się prace nad projektem, który również ma przesunąć granicę, do jakiej nie trzeba stosować przetargów, ale tylko do 20 tys. euro.

– Dostrzegamy potrzebę korekty progu. Wprowadzając zmianę, trzeba jednak uwzględniać zapewnienie konkurencyjnego dostępu do zamówień dla przedsiębiorców, zwłaszcza małych i średnich. Dlatego próg nie powinien być ustalony na zbyt wysokim poziomie – tłumaczy Anita Wichniak-Olczak z Urzędu Zamówień Publicznych, który przygotował rządowy projekt.

Poseł Szejnfeld w uzasadnieniu swojego rozwiązania argumentuje, że w niektórych państwach UE próg jest jeszcze wyższy. Podaje przykład Czech, gdzie wynosi on 70 tys. euro, czy Danii, gdzie obowiązek publicznego ogłaszania przetargów powstaje powyżej 67 tys. euro.

Z danych UZP wynika, że średnia europejska wynosi 21 tys. euro. W Irlandii, gdzie jeszcze trzy lata temu granicę również stanowiło 50 tys. euro, ze względu na kryzys gospodarczy i sytuację małych i średnich przedsiębiorstw obniżono ją do 25 tys. euro.