I to mimo że nie wypowiedział się jeszcze o nim ani minister sprawiedliwości, ani tym bardziej premier. Rok temu brak odpowiedzi najwyższych czynników przedstawiano wszak jako przeszkodę nie do pokonania, na zasadzie „cudzych listów się nie czyta”. A więc postęp jest możliwy. Nacisk opinii publicznej odnosi skutek. Okazuje się, że wytwarzanie przez władzę informacje nie są aż tak niebezpieczne, by nie móc ich po prostu ujawnić.

Jednak to, co można bez większych strat moralnych zrobić w sprawie liczby przestępstw i złapanych przestępców, robi się trudne, gdy zaczynamy rozmawiać o czasie pracy ministrów. A taka dyskusja już się zaczęła (piszemy o niej na sąsiedniej stronie). Kalendarz ministra na ogół nie dotyczy przecież urodzin jego dzieci (choć czasami pewnie też), lecz dotyka samego sedna: tego, za co mu płacimy. Jak mianowicie wykorzystuje czas, za który dostaje ministerialną pensję.

Oczywiście kij ma dwa końce. Ponieważ ściemniać jest rzeczą ludzką, obawiam się, że bitwa o kalendarze nie zakończy się wcale spektakularnym sukcesem. Może nawet, w ferworze walki o zachwyt opinii publicznej, co poniektórzy szefowie resortów opublikują swoje godzinowe plany dnia. Cóż jednak będzie stało na przeszkodzie, by prawdziwy papierowy terminarzyk prowadzili pod biurkiem i wpisywali w nim prawdziwe daty i nazwiska? Niektóre ze spotkań oczywiście da się zweryfikować, ale większości – obawiam się – nie.

Nie zmienia to faktu, że trzymam kciuki za powodzenie wniosków o ujawnienie tych danych. Ale raczej nie z powodów poznawczych, lecz wychowawczych. Im szybciej władza przywyknie do wścibstwa obywateli, tym mniej chętnie będzie im mydliła oczy.