Egzamin powinien mieć sens i być sprawiedliwy. A obecny sposób weryfikowania wiedzy studentów prawa czy kandydatów na aplikantów takimi cechami nie może się poszczycić. O tym, jakie są grzechy główne polskiego systemu nauczania prawników, dyskutowali paneliści zebrani na konferencji naukowej organizowanej przez Wydział Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Wykucie wystarczy

Eksperci podkreślali, że na studiach prawniczych nie wymaga się niczego ponad suchą znajomość przepisów.

– Egzaminy na wydziałach prawa są egzaminami z wiedzy, a powinny być egzaminami z umiejętności. U nas pyta się z tego, co student zapamiętał. A przecież umiejętność praktycznego wykorzystania tego, czego się na studiach nauczyło, jest ważniejsza – wskazuje prof. nadzw. Piotr Jurek z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jego zdaniem wykładowcy powinni wymagać od swych studentów przede wszystkim zdolności zastosowania norm prawa do określonych sytuacji.

– Przypuśćmy, że uczymy się prawa karnego i prawa cywilnego i spotykamy się z problemem dyskryminacji ze względu na poglądy czy przekonania religijne. Co byśmy doradzili? Stosowanie prawa karnego czy przepisów z zakresu ochrony dóbr osobistych?

Student dobrze wyuczony powinien wiedzieć, że należy zastosować rozwiązanie z kodeksu cywilnego. Roszczenia odszkodowawcze oraz z tytułu zadośćuczynienia dają bowiem większą satysfakcję niż te z prawa karnego, które pozwalają orzec maksymalnie dwa lata kary pozbawienia wolności w zawieszeniu – wyjaśnia profesor Piotr Jurek.

I podkreśla, że właśnie ta umiejętność wyboru powinna być ćwiczona na studiach.

– A u nas egzaminy są po to, żeby akcentować przeciętność. Służą po to tylko, żeby wydobyć wiedzę. Powinno być mniej egzaminów ze znajomości faktów, instytucji, które w łatwy sposób można wyczytać z internetu – dodaje.

Test prawdę ci powie

Do tego dochodzi problem wszechobecnego wykorzystywania podczas egzaminów testów.

– Test z natury jest zły, ponieważ wyklucza sprawdzenie umiejętności. Testem można weryfikować wiadomości przydatne do prowadzenia pojazdu mechanicznego czy na kartę wędkarską, a nie wiedzę wyższą niezbędną osobie, która chce się legitymować prawniczym wykształceniem. Stąd testy powinny być na wydziałach prawa wykluczane – akcentuje profesor Jurek.

Europa dawno już poszła po rozum do głowy. Choćby u naszych sąsiadów z Czech egzaminowanie prawników tylko częściowo ma formę pisemną.

– W wielu wydziałach prawa egzaminy mają dwustopniowy charakter. Wymaga się najpierw zaliczenia przedmiotu, potem można przystąpić do egzaminu. I obowiązuje zasada, że jeśli zaliczenie ma formę pisemną, to egzamin musi być ustny, i na odwrót.

Tym samym przykłada się bardzo dużą wagę do sposobu wypowiadania się i argumentacji przyszłego prawnika. Egzaminy są też otwarte dla publiczności – podkreśla adwokat Katarzyna Žák Krzyžanková z Wydziału Prawa Uniwersytetu Karola w Pradze.

Co ciekawe, na czeskich uniwersytetach zaczęto ostatnio wprowadzać także statystyczną analizę stopni udzielanych przez poszczególnych pedagogów. Miało to zapobiegać sytuacjom, które na polskich uczelniach są normą: egzaminy u jednych profesorów zdaje się łatwiej niż u innych; i to do tych pierwszych od połowy semestru ustawiają się kolejki.

– W mojej katedrze po wprowadzeniu tej metody różnice pomiędzy poszczególnymi egzaminatorami wynoszą 0,2 proc., chociaż na początku były znaczne odstępstwa – wskazuje mecenas Žák Krzyžanková.

Człowiek komputer

Problem z nieodpowiednią formą egzaminowania polskich prawników widoczny jest jeszcze wyraźniej podczas egzaminów na aplikacje.

– Egzamin na aplikację notarialną – chociaż nie tylko ten – nie ma na celu zweryfikowania dwóch najważniejszych umiejętności dla prawnika: odnajdywania przepisu i jego choćby skrajnej, ale dopuszczalnej interpretacji – wskazuje dr hab. Jacek Mazurkiewicz z Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego.

W jego przekonaniu egzamin wstępny na aplikację notarialną w obecnej formie jest bezsensowny.

– Żaden praktykujący prawnik nie znajduje się w położeniu, w którym nie może korzystać z tekstów ustaw, komentarzy czy potrzebnego orzecznictwa. Natomiast na egzaminie na aplikację notarialną wymaga się od kandydatów więcej pamięci niż od komputerów o niskiej pojemności: one w pewnym momencie mówią, że trzeba zwolnić twardy dysk, i nie dadzą sobie więcej wpisać – wskazuje profesor Mazurkiewicz.

Jego zdaniem w czasach, gdy dostęp do baz danych jest powszechny, nakaz uczenia się przepisów na pamięć jest nie tylko absurdalny, ale przy obecnej produkcji legislacyjnej po prostu niemożliwy do zrealizowania.

– Żaden z tytularnych profesorów prawa nie jest w stanie opanować pamięciowo chociażby piątej części materiału wymaganego od kandydata na aplikanta notarialnego: kodeksu postępowania cywilnego, ordynacji podatkowej, ustawy o finansach publicznych, kodeksu spółek handlowych, kodeksu cywilnego, ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych czy ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym i wielu innych – wylicza ekspert.

W tym roku wykaz aktów prawnych na egzamin wstępny na aplikację adwokacką i radcowską zawierał 50 tytułów, a na aplikację notarialną 53.

– Nie wszystkie z nich wpisują się w problematykę najistotniejszą z punktu widzenia danego zawodu. Nie dam się przekonać, że ustawa o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej ma znaczenie dla wykonywania obowiązków notariusza. Nie sądzę, aby pytania dotyczące wewnętrznego funkcjonowania poszczególnych instytucji Unii Europejskiej miały związek z którymkolwiek zawodem prawniczym – wtóruje Mateusz Popielas z wrocławskiej uczelni.

I zwraca uwagę, że egzamin skonstruowany jest tak, aby pewna liczba newralgicznych dla losów kandydata pytań dotyczyła aktów prawnych niszowych z punktu widzenia praktyki prawniczej.

– Pytania egzaminacyjne dla kandydatów na aplikację notarialną są bardzo szczegółowe, a ich pomysłodawcy wykorzystują terminy pułapki – zwraca uwagę profesor Mazurkiewicz.

Twierdzi, że egzaminu, który w jednym roku zdaje 4,5 proc. chętnych, a w następnym roku 54,6 proc. osób (tak było podczas egzaminu wstępnego na aplikację notarialną w 2006 i 2007 r.), nie można uznać za sprawiedliwy.

– Kryteria nie miały nic wspólnego ze sprawdzeniem merytorycznych kwalifikacji, lecz z kwestiami ministerialnej czy samorządowej polityki. Wydaje się przecież nieprawdopodobne, aby przy zachowaniu podobnego poziomu trudności pytań liczba zdających tak radykalnie wzrosła – wskazuje Mazurkiewicz.

I podkreśla, że każdy niesprawiedliwy egzamin jest złem wyrządzonym człowiekowi. A niesprawiedliwy egzamin przygotowany pod nadzorem ministra sprawiedliwości powinien być osobistym dramatem również dla niego.