Takie zaskakujące dane przedstawiła Komisja Europejska w opublikowanym właśnie raporcie na temat funkcjonowania unijnego rynku zamówień publicznych. Wraz ze Słowacją mamy najszybsze procedury odwoławcze ze wszystkich krajów UE, w których zebrano dane. W Polsce trwają 14 dni, w Austrii już 2 miesiące, na Litwie 106 dni, a w Finlandii aż 8 miesięcy.

– To bardzo ważna informacja, gdyż w sposób obiektywny pokazuje, że polskie procedury odwoławcze należą do najbardziej efektywnych w całej UE. Tymczasem ciągle pokutuje opinia, jakoby spowalniały udzielanie zamówień i stanowiły przeszkodę w sprawnym wydawaniu pieniędzy. Dane te udowadniają, że to demagogia – mówi Jacek Sadowy, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.

– Statystyka ta koreluje z poprzednim raportem KE, który pokazał z kolei, że plasujemy się w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o czas trwania całych procedur przetargowych. Dane za ubiegły rok pokazują, że czas trwania procedur uległ istotnemu skróceniu do średnio 81 dni dla zamówień o dużych wartościach oraz 31 dni dla mniejszych – dodaje.

Dlaczego w takim razie tak często słychać, że polskie przepisy dotyczące zamówień blokują inwestycje? I to zarówno ze strony polityków, którzy mówią o potrzebie zmiany prawa, jak i urzędników odpowiedzialnych za wydawanie środków.

Nasza narodowa cecha

– To trochę nasza narodowa cecha. Polacy każde procedury traktują jako biurokratyczną przeszkodę – mówi dr Przemysław Szustakiewicz z Katedry Prawa Administracyjnego Uczelni Łazarskiego.

– Z drugiej strony mało kto tak naprawdę zna się na tych przepisach, chociaż wielu mieni się specjalistami, co dotyczy także polityków. Z kolei dla urzędników prawo zamówień publicznych jest wdzięcznym chłopcem do bicia. Łatwiej się zasłonić procedurami, niż przyznać do własnej indolencji – dodaje.

W Polsce funkcjonuje jeszcze jeden mit – że przedsiębiorcy pieniacze celowo odwołują się, by blokować przetargi. Dane przedstawione przez KE tego też nie potwierdzają. Wynika z nich, że stosunek liczby wniesionych odwołań do liczby przeprowadzonych przetargów wynosi jedynie 1,4 proc., a średnia unijna to 8,5 proc.

Różne zasady odwołań

UZP zastrzega jednak, że akurat te dane mogą być nie w pełni porównywalne między różnymi krajami UE. Wynika to z różnic w systemach odwoławczych. W niektórych państwach funkcjonują protesty zgłaszane najpierw do samej instytucji zamawiającej, u nas ich nie ma. KE wzięła też pod uwagę liczbę wszystkich zamówień udzielanych w naszym kraju. Jeśli uwzględnimy jedynie te powyżej progów unijnych, okazuje się, że wskaźnik odwołań wynosi już 11 proc. To jednak i tak lepiej od Słowacji (13 proc.), Łotwy (14 proc.) czy Szwecji (19 proc.).

Nie do końca porównywalne są też dane dotyczące drugiej instancji. W niektórych państwach za pierwszą instancję uznaje się już bowiem decyzje samego zamawiającego w sprawie rozstrzygnięcia protestów. Niemniej statystyka pokazuje, że w Polsce wyjątkowo rzadko przedsiębiorcy kwestionują pierwotne rozstrzygnięcia. Z unijnych badań wynika, że zaskarżanych jest 8 proc. wyroków, zaś z najnowszych danych UZP – że jest to już tylko 6 proc.

– Przy czym prawdopodobnie większość z nich jest kierowana przez Skarb Państwa, który jest zwolniony z kosztów sądowych. Bo te od lat są na kuriozalnie wysokim poziomie i mogą wynieść nawet 5 mln zł. Żadna rozsądna firma nie zaryzykuje takiej sumy – zwraca uwagę Dariusz Ziembiński, ekspert z firmy Konsultanci Zamówień Publicznych.

– Tymczasem łatwiejsza droga do sądu mogłaby wpłynąć na ustabilizowanie się linii orzeczniczych – dodaje.

Nie odbiegamy też od średniej, jeśli chodzi o skuteczność odwołań. Co czwarte z nich jest rozstrzygane na korzyść przedsiębiorców (26 proc.). Średnia unijna to ok. 30 proc. Warto pamiętać, że w rzeczywistości polscy wykonawcy mają rację dużo częściej. Unijna statystyka nie obejmuje bowiem odwołań umarzanych z powodu uwzględnienia wszystkich zarzutów przez samych zamawiających. A te stanowią w Polsce aż 15 proc. Okazuje się więc, że firmy wygrywają 41 proc. spraw.