Donald Tusk potrafi zaskakiwać. Gdy na początku 2010 r. ogłosił, że nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich, obserwatorzy sceny politycznej długo nie potrafili rozszyfrować jego intencji. Teraz znów zaskoczył. Jarosław Gowin, jeden z jego największych adwersarzy wewnątrz Platformy, bez prawniczego wykształcenia, zostanie ministrem sprawiedliwości. Skąd ten pomysł? W trakcie prezentacji rządu Tusk pośrednio odpowiedział: „On ma w sobie gigantyczny zapał, ja bym to nawet nazwał pozytywną szajbą, jeśli chodzi o deregulację”. Dla adwokatów, radców, prokuratorów, sędziów to oznacza jedno – spokojnie już było.

Ministerstwo Sprawiedliwości nie ma szczęścia. W ciągu ostatnich czterech lat aż trzykrotnie zmieniało się jego kierownictwo. Kiedy już wszystko wskazywało na to, że sytuacja się ustabilizowała, a minister Krzysztof Kwiatkowski zostanie na kolejną kadencję, premier postanowił po raz kolejny zamieszać i na szefa resortu wyznaczył Jarosława Gowina.

Kandydatura ta jest dla środowiska prawniczego kontrowersyjna. Po raz pierwszy w historii resortem sprawiedliwości będzie osoba, która nie jest prawnikiem. Mało tego – osoba, która część środowiska do siebie zraziła. To przecież Gowin jest autorem słynnego wpisu na blogu, w którym w niewybredny sposób skrytykował radców prawnych, za co ci chcieli go pozwać do sądu.

W oczach premiera ten brak wykształcenia ma być głównym atutem nowego ministra. Skoro Gowin nie jest związany ze środowiskiem prawniczym, będzie wolny od nacisków i dzięki temu uda mu się zaprowadzić w wymiarze sprawiedliwości ład i porządek. A tego – jeśli dobrze odczytywać zamysł premiera – resortowi potrzeba najbardziej.

Sam Tusk zbagatelizował zresztą zarzut o braku wykształcenia prawniczego, twierdząc, że „rząd ekspertów to mit”. Tyle tylko, że zaraz potem dodał, iż eksperci powinni temu rządowi doradzać. Z tym właśnie nowy minister sprawiedliwości może mieć największy problem. Trudno będzie Jarosławowi Gowinowi znaleźć dobrych doradców, skoro do tej pory nie stykał się bliżej ze środowiskiem. Według jakiego klucza będzie ich wybierał? Według jakich kryteriów oceniał?

Uzasadnieniem wyboru Gowina ma być jego gigantyczny zapał do reform. Jednak to, co dla premiera jest atutem, dla wymiaru sprawiedliwości może okazać się katastrofą. To prawda, że sądownictwo wymaga zmian, a prawo jest pogmatwane i pełne pułapek. I jest jasne, że należy to zmienić. Ale na razie zmieniają się tylko ministrowie sprawiedliwości. W tempie przyprawiającym o zawrót głowy. Czy w takich warunkach jest w ogóle możliwe, aby jakiekolwiek reformy doprowadzić do końca?

Jak pokazały doświadczenia ostatnich kilkunastu lat, każdy minister chce być lepszy od poprzednika, każdy ogłasza plan uzdrowienia wymiaru sprawiedliwości. Zazwyczaj też nowo wybrani szefowie nie są skłonni do kontynuowania prac rozpoczętych przez resort. Nie chcą narazić się na zarzut, że są malowanymi ministrami, korzystającymi jedynie z pracy poprzedników. Po tym jak premier zaprezentował Jarosława Gowina, możemy być pewni, że tym razem będzie tak samo.

Odchodzący z resortu Krzysztof Kwiatkowski był przekonany, że aby usprawnić sądownictwo, trzeba przeprowadzić jego informatyzację. Z kolei Jarosław Gowin ma „pozytywną szajbę” na punkcie deregulacji. Co to oznacza w praktyce? W Polsce deregulowano już wielokrotnie i zawsze z mizernym skutkiem. Deregulacja jest modna, a politycy traktują ją jako panaceum na wszelkie problemy. I kończy się tak, że zamiast ułatwień dla obywateli zyskujemy kolejne procedury, które mają zastąpić dotąd obowiązujące, z tym że te nowe są bardziej skomplikowane.

Minister Kwiatkowski w tym roku przeforsował reformę sądownictwa, która ma obowiązywać od 1 stycznia. Ale wprowadzać ją w życie będzie nowy minister. Sedziowie nie wiedzą, na co się przygotować. Przykład pierwszy z brzegu: czy wydziały rodzinne pozostaną w strukturze sądów, czy też znikną? Przecież nie tak dawno uchwalona ustawa – Prawo o ustroju sądów powszechnych – od przyszłego roku daje ministrowi możliwość tworzenia w sądach tylko dwóch wydziałów – cywilnego i karnego. Krzysztof Kwiatkowski zapewniał, że nie zamierza wykorzystywać tych przepisów, aby pozbyć się ze struktur sądownictwa odrębnego pionu rodzinnego. Ale teraz zmienił się minister i nie wiadomo, czy będzie miał takie same plany.

Sądownictwo musi przygotować się na kolejne trzęsienie ziemi. Minister Gowin z pewnością będzie miał pomysły na uelastycznienie jego struktur. I środowisko prawnicze, i obywatele będą niecierpliwie czekać na efekty. Bo że będą, to pewne. Nie po to premier zmienił ministra sprawiedliwości, by prowadził on politykę poprzednika.

Naczelny konserwatysta Platformy

Jarosław Gowin polityczną karierę w PO rozpoczynał jako stronnik Jana Rokity. Kiedy ten odszedł, Gowin zajął miejsce naczelnego konserwatysty Platformy. Ale zupełnie inaczej niż Rokicie, budowa silnego zaplecza politycznego nie szła mu łatwo. O rząd dusz platformerskich konserwatystów rywalizował z Bronisławem Komorowskim, Bogdanem Zdrojewskim czy Ireneuszem Rasiem.

Wielu posłów Platformy jest zdania, że Gowin jest zbytnim indywidualistą, by być ich liderem. Choć kiedy przychodzi do głosowań nad konkretnymi ustawami obyczajowymi, konserwatyści w PO głosują po swojemu, zwykle wbrew stanowisku całej partii. Tak było w przypadku ustaw antyaborcyjnych czy dotyczących in vitro. Dlatego o Gowinie mówiło się w minionej kadencji Sejmu, że ma za sobą nawet 80 szabel w klubie PO.

Teraz konserwatystów jest nieco mniej. Projekt in vitro był konikiem Gowina. Jego ustawa była jednak nie do przyjęcia dla większości klubu PO. Dlatego batalię wygrała posłanka Małgorzata Kidawa-Błońska forsująca bardziej liberalny wariant, zakładający szerszą refundację. Ostatecznie ustawa utknęła w komisji. W tej kadencji Sejm ma się nią zająć ponownie.

Losy ustawy in vitro były jednym z powodów, dla których Gowin stał się otwartym zwolennikiem byłego wicepremiera Grzegorza Schetyny. Krytykował rząd za podnoszenie VAT, obniżenie składki do OFE i nawoływał do reform. Wcześniej, po wybuchu afery hazardowej, atakował też kierownictwo Platformy za to, że dopuściło do powiązań między polityką a biznesem. W wywiadach przyznawał, że ludzie próbujący załatwiać niejasne interesy oplatają Platformę.