Posłowie opowiedzieli się za projektem ustawy przygotowanej na ratunek przewoźnikom drogowym. Zgodnie z nowelizacją ustawy o transporcie drogowym mniejsi przedsiębiorcy transportowi będą łagodniej karani.

Dziś bez względu na wielkość firmy transportowej suma kar za naruszenia ustawy o transporcie drogowym może wynieść do 30 tys. zł. Tymczasem o kary nietrudno. Wystarczy, że firma zmieni pojazd i nie zdąży zgłosić go do licencji, by w trakcie kontroli dostać 8 tys. zł kary.

– Nałożenie na małego przedsiębiorcę takiej samej kary jak na dużego może być zabójcze – uważa Tadeusz Jarmuziewicz, wiceminister infrastruktury. Dodaje, że w tej branży dominują małe i średnie firmy.

Dlatego, aby mniejsi przewoźnicy nie zniknęli z rynku, projekt przewiduje, że jeżeli firma zatrudnia do 10 pracowników, to suma kar nałożonych przy jednej kontroli w siedzibie przedsiębiorcy nie przekroczy 15 tys. zł. W tych, gdzie pracuje od 11 do 50 kierowców, maksymalnie zapłacą 20 tys. zł. Firmy zatrudniające do 250 kierowców zapłacą za naruszenia przepisów nie więcej niż 25 tys. zł. Natomiast 30 tys. zł wyniosą kary dla firm, w których jest ponad 250 kierowców. Wyższe kary zapłacą np. spedytorzy – do 40 tys. zł.

Nowością będzie jednak to, że na karę narazi się także nadawca przesyłki, odbiorca, firma ładująca towar czy nawet organizator wycieczki, jeżeli znajdą się dowody, że miała wpływ na złamanie prawa. Tak może być choćby w przypadku niewydania pasażerowi dowodu uiszczenia opłaty za przejazd.

– Obecnie firma, która na przykład nie stosuje wykresówek, zamyka się, gdy tylko dowie się, że ma przyjść do niej kontrola. W tym momencie Inspekcja Transportu Drogowego ma związane ręce, gdyż nie można już takiego przedsiębiorcy skontrolować – mówi Maciej Wroński, dyrektor Biura Prawnego w Ogólnopolskim Związku Pracodawców Transportu Drogowego. Zaznacza, że później taki przedsiębiorca znów otwiera firmę, tym razem np. na swoją żonę, i dalej nieuczciwie wykonuje przewozy.