Dzwonienie do straży, by poinformować służby o fałszywym pożarze lub bombie, to żart, który cieszy się niesłabnącą popularnością. W porównaniu z rokiem 2009 w roku ubiegłym fałszywych zgłoszeń było więcej o 0,7 proc.

– Nie wszystkie fałszywe alarmy to zgłoszenia wykonane w złej wierze. Niekiedy włączenie się alarmu wywołują zbyt czujne instalacje sygnalizacji pożarów – wyjaśnia Paweł Frątczak, rzecznik prasowy komendanta głównego PSP.

Fałszywe zgłoszenia w tym roku najczęściej zdarzały się w województwach mazowieckim (1112), śląskim (764) i dolnośląskim (584). Mieszkaniec Chojnowa (Dolnośląskie) wielokrotnie wydzwaniał do straży pożarnej i na policję, by informować o rzekomej bombie w urzędzie skarbowym albo banku.

Zdarza się, że takie osoby wzywają jednocześnie wszystkie służby – poza strażą i policją, także pogotowie. To podnosi koszty akcji, które mogą sięgnąć 30 tys. zł.

W zeszłym tygodniu policyjni pirotechnicy przez 6 godzin szukali w Urzędzie Marszałkowskim w Łodzi bomby, o której poinformował anonimowy rozmówca. Pirotechnicy musieli sprawdzić każdy pakunek, a nawet kosze na śmieci. Żadnego ładunku wybuchowego nie znaleziono.

Zgodnie z prawem fałszwy alarm to jedynie wykroczenie. Osoba, która wywoła fałszywy alarm, może trafić do aresztu na 30 dni, zostać skazana na miesięczną karę ograniczenia wolności lub konieczność zapłacenia grzywny w wysokości do 1,5 tys. zł. Obecnie przygotowywana jest jednak nowelizacja kodeksu karnego. Dzięki niej osoba, która fałszywym alarmem zaangażuje do akcji ratowniczej straż pożarną, policję lub pogotowie, trafi do więzienia nawet na 8 lat.

W 2010 r. blisko 4 proc. wyjazdów straży pożarnej było spowodowanych fałszywymi alarmami.