Prawnicy Ministerstwa Zdrowia zorientowali się, że ustawa o zwalczaniu narkomanii, która ma zablokować sprzedaż dopalaczy, może przepaść w Trybunale Konstytucyjnym. Nieprecyzyjnie określono w niej, co jest zakazane, i daje zbyt dużą władzę urzędnikom.

Aby uniknąć blamażu, Ministerstwo Zdrowia zaczęło prace nad nowelizacją ustawy, która dopiero w piątek ma zacząć obowiązywać. W nowym dokumencie przygotowało listę zakazanych substancji toksycznych, która w rzeczywistości może ułatwić życie producentom dopalaczy.

Wchodząca w sobotę w życie nowa ustawa pozwala inspektorom sanepidu zatrzymać i skierować na badania laboratoryjne każdy produkt, który może zawierać substancje zagrażające życiu lub zdrowiu.

W ten sposób na półtora roku można zablokować obrót wszystkimi podejrzanymi środkami. Sklepy lub hurtownie handlujące takimi produktami zostaną zamknięte nawet na 3 miesiące. Sanepid może wkroczyć do akcji, jeśli np. dostanie sygnał od policji, Krajowego Biura ds. Narkomanii, a nawet od rodziców, którzy zauważą, że ich dziecko dziwnie się zachowuje po zażyciu zakupionego towaru.

Organizacje przedsiębiorców uważają, że taki zapis to pole do nadużyć. Wiele firm może zostać bezpodstawnie oskarżonych o handel niedozwolonymi produktami.

– Wskutek postępowania wyjaśniającego przedsiębiorcy poniosą straty finansowe – mówi Katarzyna Urbańska z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”.

Dlatego resort zdrowia wybiera zupełnie inną drogę walki z dopalaczami. Przygotował listę zakazanych substancji, które mogą być składnikami dopalaczy. Ma ona być uzupełnieniem nowelizacji wchodzącej w piątek w życie. Nie wiadomo jednak, kiedy nowe przepisy zaczną obowiązywać.

– Na razie trwają konsultacje społeczne – dowiedzieliśmy się w resorcie. – Stale dopisywane są nowe.

Według profesora Jerzego Vetulaniego, farmakologa z Polskiej Akademii Nauk, taka lista jest niewątpliwie potrzebna, bo prawo musi precyzyjnie określać, co zostało dozwolone, a co nie.

Sęk w tym, że nie rozwiązuje ona problemu produkcji dopalaczy i handlu nimi. Świadczy o tym doświadczenie wielu krajów zachodnich, które walkę z dopalaczami zaczęły kilkanaście lat temu. Tam producenci środków odurzających perfekcyjnie potrafią takie listy obchodzić: tworzą nowe substancje chemiczne o bardzo podobnym działaniu, ale nieco innym składzie.

Wiedziała o tym minister Ewa Kopacz, która jeszcze kilka miesięcy temu zapewniała, że żadnych list nie będzie tworzyć. W marcu tłumaczyła, że mogą one tylko ułatwić życie producentom i handlarzom dopalaczy. Bała się też, że nowe substancje mogą być jeszcze bardziej toksyczne niż stare.

Forma oraz sposób wprowadzania nowelizacji nie podobają się też konstytucjonalistom. Profesor Piotr Winczorek uważa, że błędem jest wprowadzanie w życie listy zakazanych substancji na drodze nowelizacji ustawy.

– Powinno to być rozporządzenie ministra resortu, bo taka forma wymaga znacznie krótszej ścieżki legislacyjnej – mówi Winczorek. – A czas może mieć kolosalne znaczenie, jeśli listę trzeba będzie uzupełniać o kolejne pojawiające się na rynku szkodliwe specyfiki.

Wątpliwości budzi też sposób podziału nowelizacji na dwie części: tę poświęconą uprawnieniom sanepidu i drugą z listą substancji zakazanych.

– W takim bałaganie trudno się połapać nawet prawnikom, a co dopiero zwykłym producentom i handlowcom – ocenia prof. Winczorek.

PRAWO

Uprawnienia sanepidu według nowej ustawy

18 miesięcy – na tyle czasu inspektorzy będą mogli zarekwirować towar, jeśli będzie podejrzenie, że zawiera substancje szkodliwe dla życia lub zdrowia.

3 miesiące – na taki okres będą mogli zamknąć sklep lub hurtownię, w których przeprowadzana jest kontrola.

Sanepid od grudnia zacznie współpracę z Krajowym Biurem ds. Narkomanii, policją, Strażą Graniczną i prokuraturą. Podejrzane substancje będą badane w akredytowanych laboratoriach.

W tym roku na walkę z dopalaczami inspekcja sanitarna otrzymała z budżetu 10 mln zł.