Prezydent Bronisław Komorowski chce wpisania do konstytucji sposobu wystąpienia z Unii Europejskiej. Decydowaliby o tym Sejm większością 2/3 głosów, Senat lub obywatele w ogólnonarodowym referendum. Taki zapis znalazł się w projekcie nowelizacji ustawy zasadniczej, jaki prezydent przesłał do Sejmu.

Podobną ścieżkę jak akt opuszczenia UE musiałyby przechodzić wszystkie nowe traktaty unijne. W przypadku referendum prezydent proponuje zniesienie progu 50 proc. frekwencji, które zapewniałoby ważność głosowania.

Rozdział europejski, który jest najważniejszą częścią nowelizacji, zaczyna artykuł będący rodzajem preambuły. Napisano tam, że Polska jest członkiem UE, który szanuje suwerenność i tożsamość narodową państw członkowskich, a także inne wartości wynikające z naszej konstytucji.

– Jeśli wartości, które są opisane w naszej konstytucji i traktacie lizbońskim, zostałyby zmienione, Polska ma możliwość wyjścia z UE – mówi Krzysztof Łaszkiewicz, prezydencki minister odpowiedzialny za nowelizację konstytucji.

Taka możliwość została przewidziana w traktacie lizbońskim. Współpracownicy prezydenta nie kryją, że uwypuklenie tego zapisu jest gestem w kierunku PiS, bez którego zmiana konstytucji jest niemożliwa.

Komorowski proponuje także wprowadzenie przepisów o specjalnej, szybkiej ścieżce wprowadzania unijnych przepisów do prawa polskiego. Zakłada on wprowadzenie możliwości kontynuowania prac nad takim projektem przez nowy parlament wybrany w kolejnych wyborach, co oznacza odejście od tzw. zasady dyskontynuacji. Do tej pory po rozwiązaniu Sejmu wszystkie ustawy, nad którymi pracowali posłowie, trafiały do kosza. Takie zmiany uzasadniane są chęcią uniknięcia kar, jakie mogą być nakładane na Polskę, gdy nie zdążymy z implementacją prawa unijnego.

Nowelizacja konstytucji dotyczy też wprowadzenia w Polsce euro. Prezydencki projekt zakłada rozwiązanie Rady Polityki Pieniężnej i wykreślenie przepisów ustawy zasadniczej dających NBP prawo emisji pieniądza i realizowania polityki pieniężnej. Po wejściu do UE te funkcje przejmuje Europejski Bank Centralny, którego częścią stanie się NBP. Projekt jest elastyczny czasowo, bo wiąże wprowadzenie tych zmian z dniem wprowadzenia unijnej waluty w Polsce. Czyli równie dobrze może to być za trzy lata, jak i za trzydzieści.

To próba ominięcia politycznej rafy, jaką wprowadzenie w Polsce unijnej waluty może napotkać. Szanse na powodzenie są jednak niewielkie, bo PiS nie chce dać sobie odebrać prawa do decydowania o momencie wprowadzania unijnej waluty. – Akurat ten przepis prezydent już może wyrzucić do kosza, bo pozwalałby Donaldowi Tuskowi podjąć decyzję o wprowadzeniu euro, jeśli będzie miał taki kaprys – mówi Karol Karski z PiS.

Jednak w kwestii całego rozdziału europejskiego PiS jest otwarte na dyskusję i nie wyklucza poparcia poszczególnych rozwiązań.

Druga część nowelizacji dotyczy prowadzenia polityki zagranicznej. Projekt nie zostawia wątpliwości, że to rząd odpowiada za politykę RP w Unii Europejskiej. Prezydent może tu jedynie współdziałać z rządem. Zapis ten ma zapobiec „wojnom o krzesło i samolot”, a faktycznie sankcjonuje orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie.

Projekt dobry, ale przegadany

Prof. Marek Chmaj, konstytucjonalista

Widzę zarówno wady, jak i zalety tej nowelizacji. Zaletą jest na pewno to, że w ogóle podjęto taka inicjatywę, wprowadza się ład, przygotowuje grunt pod wprowadzenie euro, opisuje sposób wyjścia z UE, a wadą jest, że to tak obszerny projekt. Ja jestem przeciwnikiem przegadania konstytucji, obciąłbym ten projekt o połowę, bo wiele tych rozwiązań może być w ustawach.

Podpowiedź dla eurosceptyków

Prof. Piotr Winczorek, konstytucjonalista

Prezydent niepotrzebnie się spieszy z określaniem zasad występowania Polski z UE. Bo jak się tworzy takie przepisy, to się trochę podpowiada tym, którzy nie chcą Polski w UE. Zresztą można by tego dokonać na mocy już istniejących zapisów konstytucji. Niezłe wydaje się natomiast dodanie przepisów o wprowadzeniu euro.