Magdalena R. była cenioną pracownicą obsypywaną nagrodami. Jesienią zeszłego roku, niemal po sześciu latach pracy jako asystentka sędziego, zdecydowała się podnieść swoje kwalifikacje. Praca na tym stanowisku rzadko daje szanse zawodowego rozwoju albo awansu.

Kobieta wystartowała w egzaminie na aplikację radcowską. Z powodzeniem. O swoim zawodowym sukcesie niezwłocznie poinformowała pracodawcę. W styczniu dostała wypowiedzenie. Powód? Kierownictwo uznało, że w jej przypadku zachodzi obawa przed konfliktem interesów.

NSA, jak rozumiem, obawiało się, że może dojść do sytuacji, w której moja klientka jako asystentka sędziego będzie musiała zajmować się sprawą, w której przedstawicielem jednej ze stron byłby jej patron na aplikacji – tłumaczy Joanna Młot z kancelarii Clifford Chance, która reprezentuje kobietę.

Sęk w tym, że innych pracowników NSA – którzy podobnie jak asystenci mają dostęp do akt spraw – taka sytuacja nie spotkała. Mogą bez problemów robić aplikację.

Była asystentka walczy teraz o odszkodowanie. Jej sprawa została włączona do Programu Spraw Precedensowych Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. We wtorek przed sądem zeznawali właśnie ci pracownicy NSA, którzy dostali się na aplikację i pracy nie stracili.

Jak twierdzi Młot, praca asystenta ma charakter pomocniczy. – Taka osoba nie ma przecież wpływu na wyrok – mówi Młot. A nawet jeśli przyjąć argumentację NSA, to w sytuacji, w której mogłoby dojść do konfliktu interesów, asystenta sędziego można przecież zawsze wyłączyć z prac przy tej konkretnej sprawie. Helsińska Fundacja Praw Człowieka i mecenas reprezentująca Magdalenę R. twierdzą, że w tym przypadku doszło do dyskryminacji.

Sprawa Magdaleny R. nie jest jedynym takim przypadkiem. Grupa zawodowa asystentów sędziego liczy 3 tys osób. Z informacji HFPC wynika, że przed sądem pracy toczy się jeszcze co najmniej jeden taki proces.