Prokurator Elżbieta Gielo, prowadząca przez krótki czas śledztwo po Wawrzyniaku oceniła, że w sprawie popełniono błędy. Zeznając przed komisją śledczą badającą działania władz w tej sprawie, wskazała m.in., że błędem było "podejmowanie wątków drugo- i trzeciorzędnych".

"Błędem było forsowanie teorii o samouprowadzeniu, bo w aktach głównych nic na to nie wskazywało. Błędem było chaotyczne prowadzenie czynności początkowych, koncentrowanie się zamiast na głównych świadkach - rodzinie, znajomych, współpracownikach, m.in. na szeregowych pracownikach" - oceniła Gielo. "Można było lepiej zabezpieczyć ślady, zrobić lepsze oględziny miejsca zdarzenia. Nie wykorzystano bilingów" - dodała.

Zastrzegła jednocześnie, że oceniając nieprawidłowości trzeba pamiętać o realiach panujących wówczas, m.in. mniejszych możliwościach technicznych. "Można zaryzykować stwierdzenie, że nawet prawidłowe czynności procesowe nie przyniosłyby efektu" - oceniła Gielo.

Jej zdaniem, kluczem do sukcesu było zderzenie materiałów operacyjnych policji, anonimów i akt głównych sprawy. "Oceniając działania nie można pominąć faktu, że policja miała większą wiedzę niż prokuratura" - wskazała. "W takich sprawach jak porwanie ważne są czynności operacyjne, ważne jest zaufanie między policją i prokuraturą" - dodała.

Prokurator podała, że w grudniu 2002 r. wysłała pismo do Komendy Głównej Policji z prośbą o przejęcie sprawy. "Uważałam, że taką sprawę powinna prowadzić wyspecjalizowana jednostka policji, mająca odpowiednie doświadczenie" - argumentowała. Jak mówiła, jej prośba spotkała się z odmową. "Wysłałam pismo do komendanta z prośba o interwencję, ale odpowiedzi nie zdążyłam poznać. Z dalszego przebiegu sprawy wnioskuje, że jednostka została zmieniona dwa lata później" - powiedziała.

Gielo podkreśliła, że prowadziła śledztwo od listopada 2002 do lutego 2003 r. "W tym czasie były święta, Nowy Rok, zmarła moja mama, więc także z tego powodu kilka dni nie byłam w pracy. Fizycznie śledztwo prowadziłam przez dwa miesiące, sześć lat temu" - wyjaśniła. Wśród działań, które wykonywała, wymieniła m.in. przesłuchanie pokrzywdzonych (rodziny Olewników) i wspólnika Krzysztofa - Jacka K., który dziś jest podejrzany o współudział. Wykonała ponadto m.in. analizę listu Olewnika, zebrała informacje o zadłużeniu jego firmy. Prokurator wskazała, że w tamtym czasie prowadziła także kilka innych spraw, głównie gospodarczych.

Zapewniła, że jej celem było to, by sprawa miała szczęśliwy finał. "Do końca życia pozostanę ze świadomością, że gdy zajmowałam się sprawą, Krzysztof Olewnik jeszcze żył"- mówiła.

Komisja przesłuchała w środę także prok. Leszka Wawrzyniaka z Prokuratury Rejonowej w Sierpcu, który w 2001 r. wszczął pierwsze śledztwo po porwaniu. Prowadził je przez blisko rok. Na większość pytań przez ponad dwie godziny świadek odpowiadał "nie pamiętam", dodając czasem jedynie zdawkowe odpowiedzi.

"To jedna z kluczowych spraw w pana kilkunastoletniej karierze, a pan nic nie pamięta?" - irytował się jeden z posłów. "Od zdarzenia upłynęło osiem lat" - odparł spokojnie prokurator.

Deklaracja "nie pamiętam" padła m.in. w odpowiedzi na pytanie, kto sporządził plan śledztwa - prokuratura czy policja oraz dlaczego nie wyłączył ze sprawy policjantów uczestniczących w spotkaniu poprzedzającym uprowadzenie. Pojawiła się również jako odpowiedź na pytanie o hipotezy śledztwa, choć wzbogacona o stwierdzenie, że "sprawa była prowadzona wielotorowo, jeśli chodzi o wersje śledcze i czynności procesowe".

Prokurator nie pamiętał ile podsłuchów było w domu Olewników, dlaczego linii papilarnych nie zbadano w odpowiednim systemie, czy prosił o konsultacje KGP, ani od jakich czynności procesowych zaczął postępowanie. Nie pamiętał też dlaczego niektórych policjantów przesłuchano wcześniej a innych później, co uprawdopodobniało tezę o samouprowadzeniu, ani dlaczego części dokumentów nie włączono do materiału dowodowego. Odpowiedź "nie pamiętam" padła też po pytaniu, co przekazał mu prokurator obecny na miejscu zdarzenia, a także dlaczego mając zgodę Olewników na podsłuch wystąpił o nią do sądu.

Wawrzyniak wskazywał, że śledztwem zajmował się sam, nie otrzymywał wskazówek i pomocy od innych struktur prokuratury. Przyznał otwarcie, że nie miał doświadczenia w prowadzeniu tego typu spraw. "Wcześniej w Sierpcu (pracował w prokuraturze od 1993 r.) nie było takiego przypadku" - mówił. Jak dodał, wiedzę o działaniu w tego typu sytuacjach "miał z literatury".

Pytany dlaczego nie sporządzono profilu psychologicznego sprawcy, odparł, że nie miał wiedzy jak prowadzić postępowanie. Pytany o billingi i namierzanie sygnału, powiedział, że dopiero wtedy dowiedział się od policjantów o "zaawansowanej technologii telefonii komórkowej", czym wywołał wesołość na sali. Rozbawienie spowodował też jeden z członków komisji, kilkukrotnie mówiąc o "scenogramach".

Prokurator podkreślał, że z powodu braku doświadczenia, a także konieczności prowadzenia innych spraw, wykonywanie przez niego obowiązków było utrudnione, o czym informował przełożonych. Miał im także proponować, by włączyli do sprawy innych prokuratorów, na co - jak mówił - usłyszał deklaracje, że oni również są obłożeni pracą. "Ze strony policji były specjalne zespoły - jeden zajmował się procesową obróbką materiałów, inny zajmował się działalnością pozaprocesową; ja w prokuraturze byłem sam" - mówił. "Wielokrotnie przekazywałem mojej bezpośredniej przełożonej, że sprawę powinna prowadzić inna jednostka lub jakaś powinna nas wesprzeć" - dodał.

Jak mówił, gdy prowadził sprawę Olewnika, dzielił pokój z innymi prokuratorami i zdarzało się, że byli oni obecni przy dokonywaniu czynności procesowych. "Każdy prokurator jest zobowiązany do tajemnicy, nie dopuszczam myśli, że informacje o czynnościach, protokoły wyciekały z prokuratury" - powiedział.

Krzysztofa Olewnika porwano w 2001 r. Sprawcy więzili go przez wiele miesięcy, potem postanowili zabić. Już po tym jak został zamordowany, jego rodzina - upewniana przez bandytów, że Krzysztof żyje - zapłaciła 300 tys. euro okupu za jego uwolnienie.

W marcu 2008 r. płocki sąd okręgowy skazał 10 z 11 oskarżonych o uprowadzenie i zabójstwo Olewnika (jedną osobę uniewinniono). Kary dożywocia wymierzono Sławomirowi Kościukowi i Robertowi Pazikowi, odpowiadającym bezpośrednio za zabójstwo. Obaj popełnili w celach samobójstwa (Kościuk w kwietniu 2008 r., Pazik - styczniu tego roku). Już po wyroku, w lutym 2009 w sprawie porwania i zabójstwa został zatrzymany b. przyjaciel i biznesowy wspólnik Krzysztofa Olewnika - Jacek K. Usłyszał zarzuty udziału w grupie przestępczej planującej porwanie Olewnika oraz współudział w jego uprowadzeniu i przetrzymywaniu. W maju areszt dla Jacka K. został przedłużony o kolejne trzy miesiące - do 11 sierpnia.