Przypomnę pokrótce: pewien sędzia orzekał w sprawie lustracyjnej w I instancji, a jako że był świetny i często delegowany do sądu II instancji, został tam, pech chciał, wyznaczony do składu orzekającego rozpatrującego odwołanie od swojego własnego wyroku. Pomyłki się zdarzają, najważniejsze, żeby je szybko prostować. Przewodniczący wydziału (wydawałoby się, że na szczęście) tę „niezręczność” zauważył i postanowił do niej nie dopuścić. Czegoś tam jednak nie dopilnował i nagle spotkał się na sali (jako jeden z orzekających) z sędzią, o którego chodziło. I co? I nic! Ani sędzia nr 1 nie zauważył, że skądś już tę sprawę powinien znać, ani przewodniczący, że przecież wyraźnie nakazał zmianę składu. Szybko i sprawnie potwierdzili (z trzecim orzekającym powiadomionym wcześniej o „niezręczności”), że w I instancji sąd się nie omylił, i pewnie przeszli do następnej sprawy, w której szczęśliwym zbiegiem okoliczności żaden sędzia się nie powtarzał.

A jednak coś było nie tak. Konkretnie: nie było wyroku, to jest był, ale nie był wyrokiem, bo został podjęty w niewłaściwym składzie, nawet jeśli każdy z sędziów był wybitnym specjalistą, a orzeczenie było ze wszech miar sprawiedliwe. Postępowanie trzeba było powtórzyć, co nie jest ani przyjemne, ani nawet neutralne dla uczestników. Dla sądu zresztą też nie, bo marnuje jego czas, a podatnicy mogą być niezadowoleni, bo także pieniądze, których brakuje na wszystko. No i nie jest obojętne dla opinii, jakie o sądownictwie formułują ku poklaskowi części społeczeństwa politycy, uzasadniając rzekomą konieczność swojej większej ingerencji w wymiar sprawiedliwości. Tracą wszyscy, choć pewnie skala nie jest tak rozdęta, jak w przypadku orzeczeń TK, które ten podjął w składzie z sędziami-niesędziami. Jestem jednak przekonany, że każde takie zawirowanie dorzuca swój kamyczek do i tak mocno już zażwirowanego ogródka polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Wraca zdanie: pomyłki się zdarzają. Jasne! Kiedy się jednak taką popełni, należy podkulić ogon, przeprosić i naprawić, co się da. Co robią bohaterowie naszej sprawy? Uznani za winnych przewinienia dyscyplinarnego odwołują się, powołując się przy tym na znikomą społeczną szkodliwość czynu. Z takiego rozumowania wynikałoby, że właściwie to my dopuszczamy się czynu o większej szkodliwości, publikując tekst o ich przewinieniu, bo inaczej mniej ludzi by o nim wiedziało, ergo mniej obywateli straciłoby niezachwianą do tej pory wiarę w sądy. Gdyby nie my, to jakoś by to było.

I jeszcze jedno zdumienie. Wywołane komentarzami do tej sprawy. No bo czego my się czepiamy? Sędziowie byli OK, tylko na pewno przeciążeni pracą. Pewnie na wokandzie było tego dnia kilkanaście spraw, orzekali więc najszybciej, jak mogli, żeby nie wydłużyć kolejki. No i zwyczajnie pamięć jest zawodna. Naprawdę? Orzeka się i natychmiast zapomina? Czyli wydaje się sądy automatycznie, taśma leci i trzeba nadążać jak Chaplin w słynnej scenie? A co z indywidualnym podejściem do każdej sprawy?