Co to są cold case’y?

Najprościej ujmując, to sprawy, które nie zostały wyjaśnione, przestępstwa, których sprawcy nie zostali wykryci, przy czym chodzi o umorzone śledztwa dotyczące zabójstw, ewentualnie najpoważniejszych przestępstw na tle seksualnym. Możemy sobie co prawda wyobrazić cold case niewykrycia sprawcy kradzieży ogórków z piwnicy, jednak powszechnie się przyjęło, że chodzi o umorzone śledztwa, a nie dochodzenia. Czyli sprawy najpoważniejsze.

Czy w tej definicji mieszczą się również sprawy zakończone wyrokiem, gdy okazuje się, że skazano niewłaściwą osobę?

Definicja jest nieostra, więc odpowiem prawniczo: to zależy. Ale o cold casie mówimy raczej wtedy, gdy sprawcy nie wykryto. Tam, gdzie wykryto niewłaściwego, mówimy o „projekcie niewinność”. W Stanach Zjednoczonych stwierdzono wiele spraw, w których niewinni ludzie zostali skazani. Niektórych udało się ostatecznie uniewinnić i oczyścić z zarzutów. Głównie tych skazanych na karę śmierci, bo funkcjonowanie „projektu niewinność” paradoksalnie pokazuje, że ludzie skazani na karę śmierci są na dużo lepszej pozycji niż ci skazani na kary na przykład stuletnie.

W Polsce o ile niektórzy słyszeli o „projekcie niewinność”, o tyle o cold case’ach wie mało kto. Z czego to wynika?

Zapewne przede wszystkim z używanej terminologii. W Polsce przyjmuje się określenie: archiwa X. Gdy komuś powiemy, że policjanci z archiwum X rozwiązali sprawę, większość będzie wiedziała, o co chodzi.

A istnieją w ogóle u nas takie archiwa X?

Prowadzone przez nas – czyli moją koleżankę dr Magdalenę Tomaszewską-Michalak i mnie – we współpracy ze studentami trzy lata temu badanie pokazało, że w komendach wojewódzkich policji i prokuraturach apelacyjnych nie było ani jednej tego typu komórki. W Prokuraturze Apelacyjnej w Gdańsku trwały prace nad stworzeniem takiej jednostki. Można więc ze sporą dozą pewności powiedzieć, że archiwów X w Polsce nie ma, chyba że są utajnione, a kryminalistycy zajmujący się tą tematyką naukowo nie wpadli samodzielnie na trop takich jednostek.

Za to w prasie regularnie czytam wywiady z anonimowymi policjantami z archiwów X. W pewnym artykule z 2013 r. autor pisze, że istnieje ono choćby w Krakowie. „Komórka działa niekonwencjonalnie, może omijać procedury, drążyć, powoli wnikać w sprawę. A jej funkcjonariusze mają dużo czasu, bowiem wracają do niewyjaśnionych zabójstw sprzed lat. Ufają swojej intuicji, uważają, że ta myli ich rzadko”. To może jednak są?

Proszę nie narażać mnie na konflikt z dziennikarzami. Jeśli piszą, że istnieje, to pewnie istnieje. Po prostu docierają tam, gdzie inni nie dotarli.

A tak na poważnie: z oficjalnych odpowiedzi wynika, że w strukturach Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie nie ma takiej jednostki organizacyjnej. W wydziałach ds. zabójstw niektórych jednostek wojewódzkich co jakiś czas doświadczony funkcjonariusz otrzymuje zadanie przejrzenia spraw, których termin przedawnienia się zbliża, ale z istnieniem archiwów X nie ma to nic wspólnego. Ze względów finansowych nie ma wydzielonych komórek, które zajmowałyby się jedynie takimi sprawami, a szkoda. Osobiście wyobrażam sobie, że do zorganizowanego zajmowania się cold case’ami można by przydzielać np. funkcjonariuszy w stanie spoczynku. Proponowaliby oni podjęcie pewnych działań wykrywczych aktywnym funkcjonariuszom, służyli doświadczeniem. Często są to ludzie o ogromnej wiedzy, którzy chcą się na coś przydać. Szkoda, że tego się nie wykorzystuje.

I wtedy „działaliby niekonwencjonalnie, mogliby omijać procedury”?

Nie widzę takiej potrzeby. W filmach policyjnych ulubieni bohaterowie to buntownicy łamiący procedury i wbrew systemowi, narażając zdrowie i życie, rozwiązujący najtrudniejsze sprawy, ale to filmy. Nie wiem, czemu miałoby służyć omijanie obowiązujących procedur. Zdecydowana większość z nich jest rozsądna, czemuś służy. Poza tym musimy pamiętać, że celem jest udowodnienie sprawcy przestępstwa winy. To zaś mogłoby być trudne z procesowego punktu widzenia, gdyby funkcjonariusze postępowali wbrew prawu.

Skoro już wspomniał pan o filmach... Produkcje pokazujące naszych funkcjonariuszy policji, którzy zajmują się wyłącznie sprawami z dna szafy, są jedynie wytworem wyobraźni scenarzysty?

Tak. Jeśli nawet wspomniani przeze mnie funkcjonariusze przeglądają stare sprawy i któraś zostaje podjęta, to nie odbywa się to kosztem bieżącej pracy. Rozbudowanych archiwów X nie ma też w innych krajach. Tam, gdzie podejście do wykrywania sprawców dawno popełnionych czynów jest najpoważniejsze, policja przeznacza na to w ramach jednostki jeden, góra dwa etaty. Te miniarchiwa X działają w strukturze wydziałów zabójstw. Nie ma więc mowy o rozbudowanych zespołach. Pomimo tego, że zabójstw np. w Stanach Zjednoczonych jest nieporównywalnie więcej niż w Polsce.

Jaka jest skala śledztw umorzonych z powodu niewykrycia sprawcy?

W Polsce jest statystycznie mniej zabójstw niż w krajach zachodnich, nie wspominając już o USA. Z drugiej strony możemy przypuszczać, że jest ich w praktyce więcej, niż to pokazują oficjalne dane. Mamy bowiem pewną liczbę spraw, o których organy ścigania nie wiedzą. Jest też możliwość różnego kategoryzowania spraw. Mowa tu o sytuacjach, gdy wszystko wskazuje na zabójstwo, jednak z powodu trudności wykrywczych są one określane np. jako nieumyślne spowodowanie śmierci czy bójka ze skutkiem śmiertelnym. Zaciemnia to rzeczywisty obraz sytuacji, a policja może się pochwalić, że jest coraz mniej czynów z art. 148 kodeksu karnego. Efekt jest taki, że oficjalnie prezentowana wykrywalność zabójstw zaczyna przypominać wyniki demokratycznych wyborów na Kubie. Przekracza 95 proc. Obawiam się, że te dane nie mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Jakkolwiek bowiem wykrywalność zabójstw bez wątpienia jest wysoka, choćby z tego względu, że zdecydowana większość z nich związana jest z rodzinnymi tragediami, te kilka punktów procentowych ma fundamentalne znaczenie. Tak czy inaczej, spraw, które moglibyśmy nazwać cold case’ami, nie ma wiele.

Kilka w skali roku? Kilkanaście?

Raczej kilkadziesiąt. Jedna z dużych komend wojewódzkich policji ma powyżej 100 spraw z ostatniej dekady. Oczywiście wszelkie uśrednianie i wyciąganie wniosków na podstawie tak skąpej statystyki wydaje się wątpliwe, ale możemy przyjąć, że rocznie spraw dających się zakwalifikować po latach jako cold case jest bliżej 100 niż 20, co – gdy porównamy to z liczbą stwierdzonych zabójstw, których oficjalnie mamy około 500 rocznie – jest jednak istotnym odsetkiem.

W filmie wygląda to zazwyczaj tak: siedzę w archiwum, oczywiście nie dłużej niż kilka chwil, odbieram telefon, zniecierpliwiony morderca instruuje mnie, gdzie mogę znaleźć kolejne wskazówki. Odczytuję je, łapię się za głowę i myślę: „jak można było to pominąć?”. A potem już chodzę po domach, przeskakuję przez płoty, biegam z pistoletem...

Albo gdy pod ręką nie ma pan akurat pistoletu, a jedynie telefon komórkowy, dzwoni kolega z wydziału. Odbiera pan i słyszy w słuchawce: „Zabił ten człowiek, w którego domu właśnie jesteś. Uważaj na siebie. Przeżyj 10 minut, już wysyłamy posiłki”. Cóż, rozczaruję pana, to tak nie wygląda.

A jak?

Trzeba zacząć od przeczytania zgromadzonych dokumentów. Od drobiazgowej analizy akt. Często tysiące stron, wiele z nich zapisanych pismem ręcznym. Ponownie nie wygląda to tak jak na ekranie. Rzadko zdarza się, że otwieramy teczkę, a tam akurat wypada przeoczony przez wszystkich do tej pory list od sprawcy, w którym czytamy: „Ale was przechytrzyłem!”. A w post scriptum dołączony jest numer Gadu-Gadu – którego zresztą już nikt nie używa – niezbędny do wyjaśnienia sprawy.

Tak naprawdę, jeżeli chcemy posunąć się naprzód w wyjaśnianiu sprawy, to musi zostać przeprowadzona szczegółowa analiza tego, co zostało zgromadzone już wcześniej. A potem czeka nas żmudne grupowanie dowodów oraz śladów w sprawie i sporządzenie kart postaci. Jedno z policyjnych powiedzeń brzmi: „Akta należy czytać od końca, a sprawca jest w pierwszym tomie”. W ramach uniwersyteckich zajęć z cold case’ów korzystamy z metodologii tworzenia osi czasu dla wszystkich osób pojawiających się w sprawie i opracowania sieci powiązań. Potem tworzymy wersje śledcze na podstawie odpowiedzi na tzw. siedem złotych pytań kryminalistyki (co? gdzie? kiedy? jak? czym? dlaczego? kto?). Dopiero później tworzymy listę czynności, które warto wykonać, aby udało się rozwiązać sprawę.

A praca w terenie?

Najczęściej ograniczamy się do wizji lokalnych, czyli jeździmy w miejsca, gdzie zostały ujawnione zwłoki. O ile jest to teren otwarty lub budynek z publicznym dostępem. Na tym kończymy sprawy. Prokuratura lub policja w wyniku swojej analizy bądź tego, co my przygotowaliśmy, może wykonać proponowane czynności. Bieganie z pistoletem będzie jednak najmniej prawdopodobną z nich.

Jak wpływają na rozwiązywanie takich spraw nowoczesne technologie?

Duży potencjał i rzeczywisty wpływ mają badania DNA. Sprawy, w których np. 15 lat temu zgromadzony materiał nie nadawał się do analizy, dziś można z powodzeniem odświeżyć. Niestety zdarza się też tak, że zabezpieczony materiał został całkowicie zużyty i nie ma do czego wrócić. Jeżeli zaś chodzi o powiększanie zdjęć z jednoczesnym uniknięciem pikselozy, co miałoby nam pozwolić np. odczytać tablice rejestracyjne pojazdu, czego nie dało się zrobić kilkanaście lat temu, to i dzisiaj jest to raczej kinowa fikcja. Polecam zresztą każdemu zobaczyć obraz z kamery przemysłowej montowanej już w XXI w. Często trudno odróżnić płeć osoby na obrazie. W tym zakresie funkcjonariusze nie dysponują bardziej zaawansowanym sprzętem niż większość cywili. Bardzo pomocne są bazy odcisków palców oraz DNA. System AFIS jest tak skonstruowany, że gdy wprowadzimy do niego odciski nieznanego sprawcy, a następnie ktoś z pasującymi do nich trafi do bazy, to ona nam to zasygnalizuje. To na pewno pomaga w wykrywaniu sprawców przestępstw sprzed lat.

Czyli obecność w teczce materiału DNA może być dobrym argumentem, by tę sprawę wyciągnąć z szafy?

Oczywiście, tyle że ten materiał nie znajduje się w teczce, lecz w magazynie. A to czasem oznacza kłopoty. Mógł gdzieś zaginąć, mógł zostać nieświadomie zniszczony. Wreszcie mógł zostać zniszczony całkowicie świadomie. Bo co z tego, że technologia poszła naprzód na tyle, by badanie DNA dawało świetne wyniki, skoro jednocześnie nie pozwoliła nam jeszcze wynaleźć sposobu na przechowywanie ogromu rzeczy na małej powierzchni? Wehikułu czasu na razie też nie wynaleźliśmy, by wiedzieć, co się komuś przyda za 20 lat.

Wspomnieliśmy już o zajęciach, które prowadzi pan na UW. Studenci dostają prawdziwe cold case’y, poszukują rozwiązania spraw, których nie udało się rozwiązać w przeszłości organom ścigania. Skąd taki pomysł?

Z niechęci do wyłącznie teoretycznego uczenia. Dla jasności: każdy, kto chce się czymś zajmować w praktyce, musi mieć teoretyczną podbudowę. Dlatego zajęcia praktyczne są dla najlepszych – dla tych, którzy odróżniają podejrzanego od oskarżonego i zeznania od wyjaśnień. Na szczęście na UW większość studentów po zaliczeniu zajęć z procedury karnej już je odróżnia. Ja chciałbym, aby studenci opuszczający uczelnię nie tylko znali na pamięć kodeksy, lecz także zobaczyli, jak można niektóre rzeczy wykorzystywać do pracy.

By zapisać się na te zajęcia, studenci muszą wysłać CV, przygotować list motywacyjny. A potem czeka ich więcej pracy niż na innych ćwiczeniach. To ich nie zniechęca?

Zorganizowaliśmy już z dr Tomaszewską-Michalak kilka edycji i zawsze mieliśmy więcej chętnych, niż mogliśmy przyjąć. To pokazuje, że studenci poszukują zajęć praktycznych. Są w stanie się im poświęcić. Ale nie ukrywam, że trzeba mieć w sobie trochę szaleństwa, by na jedne zajęcia poświęcić więcej czasu i pracy niż często na kilka innych.

A ile to kosztuje uczelnię?

Nie tak dużo. Koszty nie są wyższe niż w przypadku innych zajęć. Pomagają nam też nasi partnerzy: policja i prokuratura. Oczywiście prowadzący muszą mieć świadomość, że zapewne łatwiej jest usiąść za biurkiem, niż organizować to wszystko. Ale na pewno – przynajmniej z mojej perspektywy – nie byłoby za tym biurkiem przyjemniej.

Analizujecie prawdziwe sprawy. Czy z dydaktycznego punktu widzenia nie lepiej byłoby wziąć na warsztat te, które po latach zostały rozwiązane?

Zastanawialiśmy się na tym.

Wtedy przynajmniej wiadomo, która odpowiedź jest prawidłowa.

Ale ona jest zawsze wtedy jedna. To mogłoby powodować chorą rywalizację, kto ją odkryje. Nie byłoby też przełożenia praktycznego, a u nas zawsze jest nadzieja, że uda się wreszcie rozwiązać sprawę. I to jest motor naszej pracy.

Co się dzieje po zakończeniu zajęć?

Przygotowujemy raport końcowy, który przekazujemy prokuraturze i policji.

I który trafia zapewne do kosza...

No właśnie nie! W niektórych przypadkach śledczy prowadzą czynności sprawdzające. Nie zdradzę też chyba tajemnicy, jeśli powiem, że w jednej z ostatnich spraw jesteśmy umówieni z prokuratorem referentem. Zaproponował nam spotkanie. Zakładam, że nie narzeka na nadmiar wolnego czasu, więc nie chodzi jedynie o uściśnięcie dłoni.

W innym przypadku dostaliśmy też od śledczych bardzo miłą wiadomość, w której przyznali, że zdolności informatyczne naszych studentów pozwoliły im spojrzeć na sprawę z zupełnie innej perspektywy, dotychczas zupełnie niedostrzeganej.

Udało się już studentom doprowadzić do rozwiązania jakiejś sprawy?

Jeszcze nie. Może trochę na to za wcześnie. Mamy za sobą dopiero trzy edycje zajęć. Mam jednak nadzieję, że nastąpi taka chwila, gdy efekty pracy grupy zmotywowanych, inteligentnych, młodych ludzi, którzy są przez nas kierowani metodologicznie, pozwolą organom ścigania rozwiązać jakąś sprawę. Co tu wiele kryć: wszyscy możemy mówić, że chodzi o naukę przez praktykę i że to dobra zabawa. To wszystko prawda, ale satysfakcja ze znalezienia odpowiedzi na pytanie, które pozostawało bez niej przez lata, czasem dziesięciolecia, musi być ogromna.

Jak się ma nauczanie kryminalistyki w Polsce do metod zachodnich? Jesteśmy daleko w tyle?

Wcale nie jesteśmy! Jedne z zajęć, które wprowadzaliśmy na UW, pół roku później pojawiły się w Cambridge. Oczywiście nie twierdzę, że ktoś z Wielkiej Brytanii skopiował nasze rozwiązanie. Po prostu wpadli na ten sam pomysł trochę później. To jednak pokazuje, że teza, że w USA czy Anglii uczy się tylko praktycznie, a w Polsce teoretycznie, jest nieprawdziwa. Nie mamy się czego wstydzić. O ile wiem, zajęcia z cold case’ów pojawiły się najpierw na dwóch amerykańskich uczelniach, a następnie u nas. Teraz powoli dostrzegamy coraz większe zainteresowanie tą tematyką. Mam nadzieję, że niebawem będzie to standard na wydziałach prawa wszystkich większych polskich uniwersytetów.

Co to daje studentom? Większość z nich nie trafi przecież do wydziałów zabójstw. Ba, większość w ogóle nie trafi do policji.

Na pewno uczą się dokładnej, skrupulatnej i drobiazgowej pracy. Młodzi adepci prawa dowiadują się, że wcale nie wystarczy być wygadanym. W pracy prawnika – adwokata, radcy prawnego, prokuratora, sędziego w pewnym stopniu także – kluczowa jest praca z dokumentami. Umiejętność wczytania się w nie, a następnie wyciągnięcia wniosków.

W ramach zajęć z cold case’ów pokazujemy też, jakie są konsekwencje nawet najdrobniejszych na pozór zaniedbań podczas dokonywania pierwszych czynności na miejscu zdarzenia. Trzeba bowiem wiedzieć, że wiele spraw pozostaje nierozwiązanych, bo na samym początku ktoś poszedł na skróty, popełnił błąd. Mam nadzieję, że ta świadomość odkłada się gdzieś z tyłu głowy, zostaje. Oczywiście także nasi absolwenci będą popełniali błędy. To naturalne. Chciałbym jednak, aby udało im się uniknąć tych, z których się śmiali podczas zajęć.

Może pan przybliżyć sprawy, którymi się zajmujecie?

Nie. Nadal są nierozwiązane, a sprawcy wielu z nich pozostają na wolności.

To zresztą ciekawa rzecz, że i prokuratura, i policja nam zaufały. Wierzą, że studenci, którzy otrzymują dostęp do akt sprawy, nie zaczną ich umieszczać na Facebooku, nie będą się nimi dzielili ze znajomymi. Rzeczywiście w ciągu tych trzech lat nie zdarzył się ani jeden problem związany z udostępnianiem prawnie chronionych informacji. Wszystko zostaje między nami. To budujące, że młodzi ludzie nadal potrafią wytrzymać bez wrzucenia fotki rzeczy, nad którą siedzą godzinami czy dniami, na Instagram.

Pewnie jest tak: kolega koledze mówi na korytarzu, że był na tych zajęciach. Drugi go pyta, jakie mieli sprawy. A ten odpowiada: „Nie mogę ci powiedzieć. Zapisz się na zajęcia, to zobaczysz”.

Ha! Rozgryzł nas pan: to nasza przewrotna strategia marketingowa. Pierwsza dawka za darmo. A tak na serio: właśnie tak to wygląda.

Co stoi za chęcią wyciągnięcia tej teczki sprzed 25 lat? Zagadka? Chęć ujęcia 70-letniego obecnie gwałciciela? Dążenie do rozwoju zawodowego?

Podstawową motywacją jest chęć rozwiązania zagadki. To ona sprawia, że lubimy czytać i oglądać kryminały. A tu można być poniekąd uczestnikiem tej historii. Poza tym lubimy wierzyć, że świat jest dobry, więc chcemy uczynić zadość sprawiedliwości. Zło może i pociąga, ale większość z nas chce, by ostatecznie zwyciężyło dobro.

Na miarę swoich możliwości każdy chce być Supermanem?

Supermanem, Marlowem, McNultym...

Rutkowskim?

Supermanem, Marlowem, McNultym... Każdy może znaleźć rolę dla siebie. Celem wzięcia sprawy jest chęć jej rozwiązania. Inna rzecz to, dlaczego chcemy ją rozwiązać. Czasem by sobie coś udowodnić, niekiedy wpływają na to doświadczenia osobiste.

Z punktu widzenia społecznego ujęcie tych sprawców ma znaczenie? Często chodzi przecież o staruszków.

Nieważne, ile sprawca ma lat. Można się zastanawiać, czy należy go osadzać w zakładzie karnym, jeśli jest stary i schorowany, ale powinien zostać ujawniony. Właśnie po to, by było sprawiedliwie. To na podstawie końca oceniamy czyjeś życie, swoje zresztą również. Jeśli ktoś miał świetne życie, ale samą końcówkę kiepską, uważa, że je przegrał. Nie widzę więc podstaw, by nie wykrywać zabójców lub sprawców zbrodni na tle seksualnym po latach. Tak samo jak – z zachowaniem wszelkich proporcji – poszukiwano i sądzono zbrodniarzy nazistowskich. Jest to też istotne dla rodzin ofiar. Traumy są bowiem często przenoszone z pokolenia na pokolenie. Naprawdę ofiara lub jej bliscy potrafią odetchnąć z ulgą, gdy dowiadują się, że sprawca czynu został schwytany. Nie należy im odbierać prawa do tej satysfakcji tylko dlatego, że od popełnienia czynu do jego ujęcia upłynęło wiele lat.

Gdyby postanowiono o utworzeniu w Polsce chociaż jednego archiwum X z prawdziwego zdarzenia, byłby pan za?

Oczywiście. Ostatnio nawet zetknąłem się z komunikatem prasowym Komendy Głównej Policji, że chciałaby utworzyć taką jedną komórkę właśnie przy KGP. Brak jednak dalszych informacji o tym.

To dobry pomysł, by powstało jedno superbiuro, a nie dodatkowe etaty w wydziałach zabójstw?

Są plusy i minusy. Na plus na pewno działałby brak lokalnych uwikłań, które są możliwe, gdy sprawami zajmować mieliby się funkcjonariusze z miejsca, gdzie doszło do popełnienia czynu. Bez wątpienia lepiej byłoby też z finansami jednostki umiejscowionej przy KGP. Łatwiej też o wypracowanie pewnych procedur, ściągnięcie najlepszych w jedno miejsce.

Z drugiej strony można mieć obawy, czy nie zaczęłaby się niezdrowa rywalizacja pomiędzy archiwum X a wydziałami zabójstw w poszczególnych województwach. Dodatkowo źle by się stało, gdyby do centralnie umiejscowionej jednostki trafiały politycznie i medialnie skomplikowane sprawy. Jakkolwiek np. sprawa zabójstwa generała Papały jest niewątpliwie bardzo istotna, chyba byłoby lepiej, gdyby archiwum X zajmowało się sprawami nienagłośnionymi i tym samym nieprzeanalizowanymi jeszcze w każdy możliwy sposób. No i te nieszczęsne statystyki czy raczej ich pozycja. W organach ścigania traktuje się je często z nabożną wręcz czcią. Wszyscy równocześnie zdają sobie sprawę, że papier jest cierpliwy i statystki różnymi sposobami można szlifować. Ocena pracy powinna być wymierna, a to zakłada korzystanie również ze statystyki, ale nie wyłącznie. Nie wyobrażam sobie, by np. zajmowanie się cold case’ami oceniać tylko statystycznie. W walce z przestępczością naprawdę nie chodzi tylko o to, by zgadzały się kolumny w kolejnym raporcie. 

W wydziałach ds. zabójstw niektórych jednostek wojewódzkich, co jakiś czas doświadczony funkcjonariusz otrzymuje zadanie przejrzenia spraw, których termin przedawnienia się zbliża, ale z istnieniem archiwów X nie ma to nic wspólnego