Autorzy ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych deklarują, że zapewni ona użytkownikom największych platform „rzeczywistą ochronę prawną” wobec informacji „rażąco szkodliwych i niebezpiecznych” oraz w razie „arbitralnego utrudnienia dostępu”. Przepisy mają dotyczyć serwisów z co najmniej milionem zarejestrowanych osób. Twórcy projektu przekują, że obecnie działania platform są nieprzejrzyste i brak nad nimi kontroli.
– Poprzez tę ustawę państwo wkracza w rolę moderatora debaty publicznej, która toczy się w mediach społecznościowych – uważa Krzysztof Izdebski, prawnik zajmujący się wpływem technologii na demokrację.
Reklama
Czy przygotowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości ustawa rzeczywiście wzmocni pozycję internautów wobec Facebooka, Google’a i innych big techów? – Dużo zależy od samych platform: czy się podporządkują, czy wystąpi efekt mrożący. Ale mogą te przepisy zlekceważyć, zwłaszcza że Polska nie jest dla nich dużym rynkiem. Widać, że platformy same mają dylematy, jak podchodzić do treści. Są krytykowane zarówno za usuwanie wpisów i blokowanie kont, jak i za brak reakcji. W tej sferze wszyscy się jeszcze uczymy – społeczeństwa i platformy – i ustawa o wolności słowa będzie elementem tego eksperymentu – odpowiada Izdebski.
Piotr Liwszic, prawnik i autor serwisu Judykatura.pl, w ogóle wątpi, aby krajowa regulacja globalnych platform internetowych miała sens. – Czy ktoś oczekuje, że Twitter nagle otworzy swoje przedstawicielstwo w Polsce, bo tak wskazaliśmy w ustawie? Trudno też sobie wyobrazić, aby egzekucja kar za nieprzestrzeganie zapisów tej ustawy czy decyzji Rady Wolności Słowa była skuteczna – stwierdza.

Reklama
A nawet gdyby udało się je ściągnąć, to big techy tego nie odczują. – Zabrakło zer. 50 mln zł, czyli kilkanaście milionów dolarów, dla podmiotu klasy Facebooka nie jest znaczącą sumą – mówi Liwszic. – Dziś już organy ochrony danych osobowych karzą te podmioty kwotami rzędu 750 mln dol. i czy to coś zmieniło w ich postępowaniu? – dodaje. Wskazuje też, że kuriozalne jest wprowadzanie obowiązku wykonania decyzji rady przez globalne serwisy, z miliardami użytkowników, nie później niż w 24 godzin od jej doręczenia, które też ma nastąpić w czasie 24 godzin.
Przepisy wzbudziły już wiele kontrowersji na początku br., gdy resort Zbigniewa Ziobry przedstawił ich pierwszą wersję. Projekt opublikowany w ubiegłym tygodniu jest trochę łagodniejszy. Usunięto z niego ostro krytykowane zapisy dające prokuratorom prawo żądania od serwisów społecznościowych przekazania danych użytkowników i zablokowania dostępu do treści. Dotyczyło to wprawdzie tylko materiałów z pornografią dziecięcą lub nawołujących do czynów terrorystycznych, ale i tak było przez prawników oceniane jako zbyt daleko idące.
Z pierwotnej wersji ocalała właśnie Rada Wolności Słowa, uprawniona do karania platform i rozpatrywania skarg na ich decyzje o usuwaniu wpisów i blokowaniu kont użytkowników. – Rada będzie wykonywała działania, które powinny należeć do sądów powszechnych, bo chodzi o wyważanie takich wartości jak swoboda wypowiedzi i prawo do informacji z jednej strony, a mowa nienawiści, dobro społeczne i dobra osobiste z drugiej – mów Krzysztof Izdebski.
Sejm ma wybierać przewodniczącego i czworo członków rady większością trzech piątych głosów, a gdy kandydatury tej nie uzyskają, to zwykłą. – I na tej zwykłej większości zapewne się skończy. Może to pesymizm, ale zakładam, że rada będzie wybierana z klucza politycznego i będzie się tak zachowywać jak Rada Mediów Narodowych, Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa – komentuje Izdebski, wskazując na zjawisko psucia instytucji państwa.
– W takiej postaci rada stanie się dla większości sejmowej środkiem do realizowania jej polityki w mediach społecznościowych. Niezależnie od skuteczności – a jest to kwestia dyskusyjna – jej decyzje stworzą pewną linię orzecznictwa, ustalą standardy tego, co wolno, a czego nie – dodaje prawnik. Będzie to zależało od tego, jakich treści i czyich kont rada będzie najgorliwiej broniła.
Rozwiązaniem chwalonym przez ekspertów jest natomiast tzw. ślepy pozew, o który jeszcze w 2016 r. zabiegał rzecznik praw obywatelskich. Dzięki niemu np. osoby obrażone wypowiedziami anonimowych internautów będą mogły dochodzić swoich praw w sądzie.
Piotr Liwszic uważa, że to jedyny element ustawy, który może pomóc internautom. - Ta korzyść jest jednak iluzoryczna – zastrzega. Nawet przy dobrej woli platform poszukiwanie osoby kryjącej się za anonimowym kontem ma bowiem nikłe szanse powodzenia.