Przestrzegaliśmy wszystkich, którzy wstrzymywali się z wymianą nieważnego już dowodu, aby nie liczyli na lipcową datę. Rzecznik resortu Małgorzata Woźniak zaprzeczała wtedy, aby istniało niebezpieczeństwo. W ostatni piątek zmieniła zdanie. I winę zrzuciła na firmy startujące w przetargu na druk blankietów. – Oferenci złożyli odwołania, które zgodnie z prawem były rozpatrywane przez Krajową Izbę Odwoławczą, co w konsekwencji wpłynęło na przedłużenie postępowania – wyjaśnia.

Jednak to tłumaczenie ma poważne luki. Protesty trzech konsorcjów zostały rozpatrzone przez izbę w ustawowym terminie. Zajęło to dwa tygodnie.

– Uproszczony przetarg, czyli dialog konkurencyjny, jest autorskim pomysłem ekipy Jerzego Millera, ministra spraw wewnętrznych i administracji. Jego poprzednik Grzegorz Schetyna chciał powierzyć to zamówienie państwowej Polskiej Wytwórni Papierów Wartościwych SA – wyjaśnia „DGP” jeden z urzędników.

Podobnie postąpili niedawno Niemcy, a wcześniej Francuzi. Również rezygnowali z otwartej konkurencji, argumentując, że druk dowodów osobistych wiąże się z wiedzą strategiczną dla bezpieczeństwa państwa.

– Minister kierował się interesem budżetu państwa, decydując o przetargu. Chodzi o presję na firmy, aby zaoferowały rzeczywiście najlepszą cenę – tłumaczy Małgorzata Woźniak.

Jednak nawet dziś pięć startujących konsorcjów nie jest w stanie mówić o jakichkolwiek cenach. Nie wiadomo po prostu, jaki produkt chcą mieć urzędnicy resortu. Dotąd nie ogłosili oni specyfikacji istotnych warunków zamówienia.

– Nie można skalkulować ceny, gdy nie wiadomo, co ma zawierać produkt. To żenujące tłumaczenia resortu – komentuje dla nas zarzuty MSWiA oburzony przedstawiciel jednej z firm startujących w przetargu.

Ostateczną decyzję, kiedy pierwsi Polacy dostaną nowe dowody osobiste, podejmie Sejm. Minister Miller może jedynie przygotować projekt nowelizacji ustawy, który zostanie poddany głosowaniu.

Jednak według ekspertów, z którymi rozmawiał „DGP”, przesunięcie startu projektu ma swoje dobre strony. Zaledwie w grudniu ubiegłego roku taką samą decyzję podjął rząd Wielkiej Brytanii. Przyczyną był gigantyczny koszt – okazało się, że po wydaniu 300 milionów funtów będzie potrzebne kolejne 800 milionów. Z licznymi problemami borykali się również Niemcy, którzy w ubiegłym roku rozpoczęli dystrybucję dowodów osobistych.

– I to mimo, że od wydrukowania pierwszego blankietu dowodu niemal dwa lata dogrywali szczegóły operacji. My od wydrukowania dokumentu mieliśmy kilka tygodni do 1 lipca. Minister Miller obiecywał gruszki na wierzbie – mówi nam osoba związana wcześniej z MSWiA.

Nowe dowody osobiste miały być wydawane według całkowicie nowych zasad. Miał z nich zniknąć m.in. adres zameldowania (dzięki temu nie trzeba byłoby zmieniać dowodu za każdym razem, gdy zmieniamy adres), pojawił by się mikroprocesor, w którym miały być zapisane podpis elektroniczny i wszystkie dane identyfikacyjne jego posiadacza.

Nowy dowód miał też docelowo służyć jako dokument poświadczający nasze prawo do leczenia za składki wpłacane do NFZ. Nie trzeba było mieć druków ZUS RMUA.