Rozmówca dokona autoryzacji wypowiedzi w 12 godzin lub trzy dni, a wydawca dziennika internetowego nie będzie musiał rejestrować tytułu. Przepisy prawa prasowego nie obejmą blogów i portali społecznościowych.
Autoryzacja w 12 godzin lub 3 dni, zlikwidowanie instytucji odpowiedzi oraz uznanie wydań elektronicznych za prasę to główne założenia nowelizacji ustawy – Prawo prasowe. Dziś projekt rozpatrzy Rada Ministrów. Autorem nowych regulacji jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jak argumentują twórcy, nowelizacja jest niezbędna przede wszystkim ze względu na zmiany ustrojowe oraz rozwój technologiczny. Już dziś pojawiają się jednak negatywne opinie na temat noweli ustawy.
– Powinno powstać nowe prawo prasowe. Łatanie ustawy z 84 roku to jedynie doraźne rozwiązanie problemów, które wciąż się pojawiają – komentuje Jan Stefanowicz, przewodniczący Rady Konsultacyjnej Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Autoryzacja w 12 h

Dzięki nowym przepisom zostanie wreszcie uregulowana kwestia autoryzacji wypowiedzi. Zgodnie z projektem osoba, która udzieliła dziennikarzowi wywiadu, musi ów tekst autoryzować niezwłocznie. Jeżeli cytat ma zostać opublikowany w dzienniku, rozmówca na autoryzację ma do 12 godzin, jeśli w czasopiśmie – 3 dni.
– Wyznaczenie tych terminów było niezbędne, by ułatwić pracę dziennikarzom i zdyscyplinować rozmówców – mówi dr Joanna Taczkowska, specjalista od prawa prasowego.
– Bieg terminu rozpoczyna się w momencie, kiedy wypowiadająca się dla prasy osoba bądź osoba przez nią upoważniona otrzyma materiał w taki sposób, aby można było skutecznie zapoznać się z jego treścią. Podane w ustawie terminy, mogą ulec zmianie, jeśli dziennikarz i jego rozmówca ustalą inny termin. Jeżeli dziennikarz nie otrzyma odpowiedzi o wyznaczonej porze, będzie to równoznaczne ze zgodą na publikację – wyjaśnia mec. Dominik Skoczek, dyrektor Departamentu Własności Intelektualnej i Mediów MKiDN.
Według projektu autoryzacją nie będzie przekazanie nowej treści wypowiedzi lub nowych pytań, a także przekazanie nowych informacji lub odpowiedzi. Sformułowanie to budziło wątpliwości już w trakcie konsultacji międzyresortowych.
– Pojęcie nowej treści jest zbyt mało precyzyjne. Nie wiadomo bowiem, czy uzupełnienie wypowiedzi lub wyjaśnienie jej sensu jest jeszcze jej sprostowaniem czy już nową treścią, która nie zostanie uznana za autoryzację – komentuje Zbigniew Wrona, podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Bez odpowiedzi

Zgodnie z nowymi regulacjami redaktor naczelny będzie musiał zamieścić w gazecie bezpłatne sprostowanie na wniosek zainteresowanej osoby bądź firmy. Nowością jest to, że sprostowanie musi zaprzeczać konkretnym faktom podanym w artykule. Redaktor naczelny nie będzie więc musiał zamieszczać np. polemiki do artykułu. Jeśli redaktor naczelny odmówi zamieszczenia napisanego poprawnie sprostowania, zapłaci grzywnę. Tak więc za taką odmowę nie będzie już groziła kara ograniczenia wolności.
W nowej ustawie zrezygnowano jednocześnie z instytucji odpowiedzi. Jak informuje MKiDN, o tym, czy dziennikarz naruszył dobra osobiste bohatera tekstu, zadecyduje sąd w oparciu o przepisy kodeksu cywilnego. Zmianę tę pozytywnie ocenia za to Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.
– Popieranie instytucji odpowiedzi może doprowadzić do sytuacji, że będziemy mieć prasę składającą się z odpowiedzi i odpowiedzi na odpowiedzi – wyjaśnia Krystyna Makrosińska, przewodnicząca SDP.



Blog to nie prasa

Dzięki zmianom w ustawowej definicji opisującej prasę znajdą się także dokumenty elektroniczne. Prasą nie będą za to nazywane blogi, strony internetowe prywatnych użytkowników lub portale społecznościowe, czyli wszystkie materiały bez redakcyjnej obróbki. Dzięki temu wydawca prasy internetowej nie będzie odpowiadał za treści zamieszczane przez czytelników na forach lub pod artykułami. Prasę elektroniczną wydawcy będą mogli zarejestrować w sądzie, ale nie będzie to obowiązkowe.
Instytucja autoryzacji powinna zniknąć z prawa prasowego
ikona lupy />

dr Michał Zaremba, specjalista od prawa prasowego z Uniwersytetu Warszawskiego

Zgodnie z nowymi przepisami prawa prasowego rozmówca będzie miał 12 godzin lub 3 dni na autoryzację. Czy to właściwe rozwiązanie?
Z całą pewnością termin, który został podany w nowych przepisach, należy uznać za zbyt długi. Nowe regulacje łagodzą jednak problemy, które wynikają obecnie z przepisów o autoryzacji. Dziś rozmówca może zwlekać z odesłaniem tekstu wypowiedzi w nieskończoność, podczas gdy dziennikarz przez cały ten czas czeka na jego autoryzację. Ponadto zgodnie z obowiązującą ustawą dziennikarz, który nie dopełni obowiązku autoryzacji, może ponieść odpowiedzialność karną, a sądy nie wnikają w to, czy wypowiedź została w prasie zniekształcona, czy przytoczona rzetelnie. Ważne jest tylko to, czy została autoryzowana.
Według projektu osoba, która dokonuje autoryzacji, nie może do swojej wypowiedzi wprowadzać nowych pytań, treści i odpowiedzi. Czy to rozwiązanie może spowodować, że między dziennikarzem a wypowiadającym się będą pojawiać się niedomówienia?
Zgodnie z projektem autoryzacja ma przybrać formę przekazania (odesłania) dziennikarzowi treści wypowiedzi w formie autoryzowanej. Projekt stwierdza jednak, że „nie spełnia wymogów autoryzacji przekazanie nowej treści wypowiedzi”. Teoretycznie więc osoba cytowana, która otrzymała od dziennikarza w celu dokonania autoryzacji wiernie zacytowaną wypowiedź, nie może już wprowadzać do niej poprawek, a jeżeli to uczyni, dziennikarz może zignorować taką autoryzowaną wersję. To rozwiązanie jest korzystne dla prasy. W praktyce może jednak dochodzić do sporów, czy odesłana dziennikarzowi wersja po autoryzacji zawiera czy też nie nową treść.
Czy instytucja autoryzacji powinna zniknąć?
Tak. Sama autoryzacja jest konstrukcją niedemokratyczną. W innych państwach autoryzacja wynika tylko i wyłącznie z zasad etyki dziennikarskiej. Nikt nie ma obowiązku rozmawiać z dziennikarzem, a jeżeli już chce, to może przecież umówić się z nim co do warunków publikacji.