Co prawda mamy w art. 40 konstytucji zakaz tortur, nieludzkiego oraz poniżającego traktowania, ale nie są one nigdzie zdefiniowane w kodeksie karnym - mówi Tomasz Wiliński, adwokat, wspólnik zarządzający w kancelarii Wiliński Legal.
Reklama
Reprezentuje pan osoby zatrzymane i na Białorusi, i w Polsce w ostatnich tygodniach. Nie chcę rozmawiać z panem o przypadku białoruskim, a o sytuacji w Polsce. Czy z pana doświadczeń wynika, że funkcjonariusze polskiej policji nadużywają przemocy? Czy tego kłopotu już nie ma?
Z moich doświadczeń, z raportów Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur przy RPO, Europejskiego Komitetu do spraw zapobiegania torturom oraz nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu przy Radzie Europy czy też z informacji Komitetu Przeciwko Torturom (CAT) wynika, że nadużywanie przemocy przez funkcjonariuszy policji, nieproporcjonalne używanie siły, a nawet stosowanie tortur to również polski problem. W związku z tym mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że polscy policjanci stosują tortury. Oczywiście – żeby była jasność – nie wszyscy funkcjonariusze. To nadal przypadki wyjątkowe, skrajne, ale niestety się zdarzają. Te tortury mają różny wymiar: przemocy fizycznej, psychicznej, poniżania, nieludzkiego traktowania. Kłopot w tym, że pojęcie tortur nie jest w polskim prawie karnym zdefiniowane. Co prawda mamy w art. 40 konstytucji zakaz tortur, nieludzkiego oraz poniżającego traktowania, ale nie są one nigdzie zdefiniowane w kodeksie karnym. W efekcie w Polsce tego rodzaju zgłoszenia dotyczące stosowania tortur przez państwowych funkcjonariuszy są często kwalifikowane jedynie jako nadużycie uprawnień.
Celowo spytałem o nadużywanie przemocy. Pan od razu powiedział wprost: „tortury”. W Polsce w 2020 r. torturuje się obywateli?
Tak. I nie powinno to być wielkim zaskoczeniem dla nikogo, kto choć trochę zainteresował się tematem. Działa przecież przy rzeczniku praw obywatelskich Krajowy Mechanizm Prewencji Tortur. Wystarczy rzut oka na jakiekolwiek jego opracowanie, by wiedzieć, że długa droga przed nami. Orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu również w wielu sprawach wskazuje na naruszenie w polskich sprawach artykułu 3 Europejskiej konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, tj. stosowanie tortur.

Reklama
Polska policja – jako cała formacja – stara się wnikliwie wyjaśniać te przypadki czy woli je tuszować?
Nie da się odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. W wielu przypadkach są przez policję podejmowane kroki prawne, najczęściej na ścieżce dyscyplinarnej, czasami karnej. Ale o tuszowaniu również można mówić. Mamy w Polsce często tradycję złej solidarności funkcjonariuszy. Bardzo często bywa tak, że jeden krewki policjant dopuszcza się tortur, a kilkunastu jego kolegów udaje, że tego nie widzi. Potem ci koledzy nie chcą ujawnić prawdy, bo postrzegają to jako donoszenie na kolegę, przy czym w większości przypadków sami nigdy nie dopuściliby się torturowania zatrzymanych. Idzie więc kilku policjantów do sądu i żaden niczego nie pamięta. Zbiorowa amnezja. Za to już doskonale pamiętają, że zatrzymany był agresywny lub że sam rzucał się na kaloryfer, by się okaleczyć. O takich przypadkach często wspominają również media czy też polskie i międzynarodowe organizacje zajmujące się przeciwdziałaniem torturom. Dochodzi też do składania fałszywych zeznań przez funkcjonariuszy. Policjanci kryją się nawzajem. Uważają, że to, co się wydarzyło na komisariacie, powinno zostać na komisariacie. I ewentualny sprzeciw wobec takich praktyk wyrażą wprost, w oczy kolegi, a nie będą o tym mówić w sądzie.
Ale mamy przecież też przypadki, w których niczego nie trzeba ujawniać, wszystko jest widoczne gołym okiem. Poniżające traktowanie zatrzymywanych osób widać przecież często nawet w relacjach, które każdy z nas może obejrzeć w telewizji. Gdy kilka tygodni temu policja zatrzymywała ludzi w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu i przy Wilczej, każdy mógł w telewizji dostrzec, że używana jest nieproporcjonalna siła, często jedynie po to, by poniżyć zatrzymywane osoby. I w takich sytuacjach niestety reakcji na najwyższych szczeblach policji nie ma. Zawsze słyszymy, że to wina zatrzymanych, a nie zatrzymujących.
Rzecznik komendanta głównego policji często mówi, że gdy komuś się nie podoba zachowanie polskich policjantów, niech jedzie np. do Francji i dopiero tam zobaczy, jak funkcjonariusze traktują ludzi niewykonujących poleceń.
Ale co to jest za argument? Jeśli we Francji jest źle, to w Polsce też ma być źle? Tak, przyznaję, stosowanie przez funkcjonariuszy nieproporcjonalnych środków oraz tortury to nie tylko polska domena, lecz kłopot ogólnoświatowy. Gdy pojedziemy do Francji bądź USA, możemy spotkać policjantów stosujących przemoc w zupełnie nieuzasadnionych przypadkach. Na pewno bywa też tak, że funkcjonariusze torturują ludzi. Ale co to zmienia? Z tego powodu mamy nie mówić o patologii w Polsce? Mamy zapomnieć o przypadku Igora Stachowiaka? Mam zapomnieć o swoim kliencie, który wskutek nielegalnego działania funkcjonariuszy zmarł?
Rzecznicy policji często używają argumentu, że obywatele powinni słuchać funkcjonariuszy i to, co się wydarzyło później, jest następstwem tego, iż nie posłuchali. Ale czy nawet jeśli ktoś nie posłucha policjanta, może być torturowany? To absurd. Każdy człowiek musi być traktowany z poszanowaniem jego praw. Przepisy prawa są jasne: siła stosowana przez funkcjonariuszy Policji musi być proporcjonalna; nic więcej niż jest to niezbędne dla przeprowadzenia czynności, np. zatrzymania.
A jeśli już mamy patrzeć na inne państwa na świecie, dlaczego nie spojrzymy na Norwegię? Tam każdy przestępca jest godnie traktowany, nawet Anders Breivik, który zabił kilkadziesiąt osób. I norweski system, wbrew twierdzeniom niektórych, uchodzi za jeden z najlepiej działających na świecie.
A czy policjantów nie ośmiela fakt, że spora część społeczeństwa oczekuje, że samo zatrzymanie i wizyta na dołku będzie elementem wymierzenia kary? Wspomina pan o Breiviku, ale wie pan, jakie były reakcje na informację, że nie dostał nowej konsoli do gier w więzieniu? Ludzie chcą brutalnej policji.
Na szczęście nie wszyscy, ale faktycznie brutalizacja zachowań funkcjonariuszy jest legitymizowana przez dużą część społeczeństwa. Tak jak duża część społeczeństwa chętnie powróciłaby do stosowania kary śmierci. Może pan zatem mieć rację, że gdyby nie było tego przyzwolenia społecznego, sytuacja byłaby lepsza. Szkopuł w tym, że od funkcjonariusza policji oczekuję więcej niż od przeciętnego obywatela. Przede wszystkim musi on wiedzieć – abstrahując od tego, że oczywiście nie wolno torturować nikogo – że obowiązuje domniemanie niewinności. W efekcie zatrzymywani są zawsze niewinni, przynajmniej do czasu wydania wyroku w sprawie, ludzie. Jakim więc prawem się ich upadla torturami?
Domniemanie niewinności w Polsce się nie przyjęło. Czołowi politycy potrafią wyjść przed kamery i wydać wyrok tuż po zatrzymaniu domniemanego sprawcy.
I to jest fatalne. Ba, mam wrażenie, że władza nie tylko wydaje wyroki, lecz także legitymizuje nieprawidłowości. Niejako więc daje, oczywiście nieformalne, przyzwolenie na złe traktowanie zatrzymanych. I dla jasności: mówię nie tylko o Polsce. Trend budowania politycznej popularności na źle rozumianej bezwzględności wobec sprawców przestępstw jest dostrzegalny na całym świecie. Po prostu nie wszędzie taka polityka zyskuje tak dużą popularność jak w Polsce.
Obserwuję też niestety skłonność rządzących do dehumanizowania niektórych ludzi. Gdy się kogoś odczłowieczy, pozbawia się go jego przyrodzonych praw. A gdy się tych praw pozbawi, to łatwiej przychodzi niektórym osobom np. torturowanie. Bo torturujący zapomina, że bije człowieka, wydaje mu się, że bije ideologię.
Gdyby rządzący chcieli rozprawić się z kłopotem tortur w Polsce, to zmieniliby kodeks karny. Myślę, że dopisanie normy wprost zabraniającej tortur i obarczenie jej dolegliwą sankcją, spowodowałoby, że skala procederu byłaby znacznie mniejsza.
Dodanie przepisu do kodeksu to jedno, a udowodnienie, że doszło do złamania prawa drugie. Sam pan wspomniał o źle pojmowanej solidarności zawodowej funkcjonariuszy. Jak wykazać, że doszło do tortur?
Ma pan rację, że to trudne od strony dowodowej, ale nie niemożliwe. Po pierwsze, czasem do złamania standardów dochodzi nie na komisariatach, lecz na ulicach. Nie brakuje przecież urągających ludzkiej godności zatrzymań, które są nawet transmitowane w telewizji. W takim przypadku sprawa dowodowo jest o wiele łatwiejsza. Wielokrotnie spotkałem się z sytuacją, w której sąd stwierdzał, że zatrzymanie było legalne, ale nieprawidłowe. A nawet gdy nie ma telewizyjnych kamer, są ludzie ze smartfonami. Dziś w wielu sprawach są wykorzystywane nagrania wykonane przez gapiów.
Na komisariatach sprawa robi się trudniejsza. Ale na wielu już jest zainstalowany system monitoringu. Oczywiście nie obejmuje on wszystkich pomieszczeń, ale już możliwość sprawdzenia zapisu z kamer z części z nich pozwala wyciągnąć istotne dla sprawy wnioski. Przykładowo, jeśli zatrzymany został zaprowadzony przez dwóch funkcjonariuszy do toalety, a nie był już w stanie z niej wyjść o własnych siłach, wiadomo, że coś się zdarzyło. Sędziowie bynajmniej nie są nierozumni. Wiedzą, że wcale nie tak często skuty zatrzymany, u którego następnie dochodzi do złamania szczęki i oczodołu, sam sobie to zrobił, jak mogą przekonywać funkcjonariusze.
Jak to jest, że w Polsce, demokratycznym państwie należącym do Unii Europejskiej i Rady Europy, w 2020 r. nadal jest utrudniony dostęp do obrońcy? Dla mnie to całkowicie niezrozumiałe, gdyż pokazuje, że patologia nie jest efektem działania jednostek, które nigdy nie powinny trafić do policji, lecz jest systemowa.
Systemowo sprawa wcale nie jest źle rozwiązana. Teoretycznie każdy zatrzymany ma dostęp do obrońcy. Niestety praktyka jest patologiczna. Kontakt zatrzymanego z obrońcą jest utrudniany bardzo często. Spotykam się z tym nagminnie, niemal każdego tygodnia. Proszę sobie wyobrazić sytuację, że zostaje pan zatrzymany i przewieziony na komisariat. Tam rozpoczyna się przesłuchanie. Oczywiście nie ma pan przy sobie telefonu komórkowego, bo został panu odebrany już na wejściu. Mówi pan, że chce skorzystać ze wsparcia prawnika. Funkcjonariusze pytają: „jak się nazywa?”. Tu pojawia się pierwszy kłopot, bo pan akurat zna nazwiska obrońców, ale wiele osób nie zna żadnego. Skoro jednak pan zna, to podaje pan: „Tomasz Wiliński”. A wtedy pada pytanie o numer telefonu. I jeśli pan nie zna numeru do mnie na pamięć, to policjant nie zadzwoni.
Załóżmy jednak, że udało mi się z panem skontaktować...
Często dzwoni do mnie mąż, żona, dziewczyna, chłopak, kolega lub koleżanka, którzy wiedzą o zatrzymaniu, informują mnie, na jaką komendę ten ktoś trafił. Załóżmy, że tak będzie w pana przypadku. No to jadę. A na miejscu funkcjonariusz informuje mnie, że nie chce się pan ze mną widzieć. Z kolei panu mówi, że adwokat nie ma dla pana czasu i że źle pan wybrał obrońcę, no ale to już pana problem, a nie policji. Do takich przypadków bardzo często dochodzi wówczas, gdy funkcjonariusze przekroczyli uprawnienia i np. pobili zatrzymanego. Nie chcą, by ktokolwiek go zobaczył w złym stanie. Oczywiście istotne jest także to, że podczas przesłuchania bez obrońcy znacznie łatwiej skłonić zatrzymanego do różnych stwierdzeń, do przyznania się do winy. A przyznają się nawet niewinni, często ze stresu, jedynie po to, by przesłuchanie już się zakończyło.
Mówi pan, że przepisy nie są najgorsze i że szwankuje praktyka. Pokazuje pan fatalny obraz, tylko nie przedstawia rozwiązania.
Takie rozwiązania jak najbardziej są możliwe; wystarczyłoby, żeby decydenci chcieli po nie sięgnąć. Chociażby Izba Adwokacka w Warszawie, a w zasadzie Sekcja Prawa Karnego i Postępowania Karnego już kilka lat temu przedstawiła projekt systemowego rozwiązania problemu ograniczonego dostępu do adwokata dla osób zatrzymanych. Nie chcę tu zanudzać szczegółami, więc skupmy się na dwóch. Kwestia najprostsza: na każdym komisariacie powinna być lista obrońców w sprawach karnych z numerami telefonów. Zatrzymany wybierałby nazwisko z listy i z tym prawnikiem byłby nawiązywany kontakt. Rozwiązywałoby to kłopot osób, które zostają zatrzymane, a nie znają żadnego fachowca, więc nawet nie wiedzą, do kogo można by zadzwonić.
Drugie rozwiązanie, które prywatnie uważam za świetne, to stworzenie numeru alarmowego pogotowia prawnego. Wszyscy znamy numery 997, 998, 999 czy 112. Dlaczego nie stworzyć systemu, w którym po wybraniu odpowiedniej kombinacji odzywa się pogotowie prawne, właśnie dla osób zatrzymywanych lub już zatrzymanych? Wiem, że to daleko idące rozwiązanie, że ktoś zaraz powie, iż przesadzam. Ale skoro mamy kłopot z dostępem obywateli do prawników, to dlaczego by nie stworzyć właśnie takiego mechanizmu? Nie jest to ani nadmiernie kosztowne z punktu widzenia państwa, ani skomplikowane technicznie. A środowisko adwokackie oraz radcowskie – jestem pewien – wzięłoby na swoje barki obsługę takiego numeru.
Podaje pan rozwiązania, które wymagają dobrych chęci po stronie policji. A jednocześnie wcześniej stwierdził pan, że ich często brakuje. Co z tego, że na tej liście znajdzie się pańskie nazwisko i numer telefonu, skoro funkcjonariusz albo uniemożliwi kontakt, albo potem panu powie, że zatrzymany nie chce się z panem widzieć, zaś zatrzymanemu, że pan nie ma czasu?
To oczywiście pierwszy krok, ale nie rezygnujmy z dobrych rozwiązań tylko dlatego, że mogą nie pomóc we wszystkich przypadkach. Bez wątpienia trzeba też organizować szkolenia dla policjantów, większość z nich przecież chce przestrzegać prawa.
Osobiście optowałbym za tym, by wprowadzić obligatoryjny wymóg obecności obrońcy we wszystkich czynnościach od momentu zatrzymania to czasu przesłuchania zatrzymanego, czyli za przymusem adwokackim czy obrończym na etapie prowadzenia czynności z zatrzymanym. Innymi słowy, nie ma obrońcy – nic, co pojawiło się podczas czynności zatrzymania, nie ma żadnej mocy prawnej. Wbrew pozorom to nie jest utopijne rozwiązanie. Ze strony adwokatów dałoby się to sensownie zorganizować. Potrzebna jest wola rządzących.
Wspomnieliśmy o Igorze Stachowiaku, który zmarł w 2016 r. na komisariacie po tym, jak był torturowany przez funkcjonariuszy. Gdy sprawa wyszła na jaw, kolejni decydenci prześcigali się w obietnicach, jak naprawią system, by taki przypadek już się nie powtórzył. Czy dziś, w 2020 r., jest lepiej niż było w 2016 r., czy skończyło się na obietnicach?
Jest lepiej, ale z zupełnie innych przyczyn. Sprawa Igora Stachowiaka zwiększyła społeczną świadomość. Osoby, które są torturowane na komisariatach, mówią o tym z większą odwagą. Nie postrzegają już tego jako coś wstydliwego i zaczęły wierzyć, że funkcjonariuszy łamiących prawo może spotkać za to odpowiedzialność. Coraz częściej też ludzie będący świadkami nieprawidłowości reagują. Gdy policjant będzie popychał kogoś na ulicy, istnieje duże prawdopodobieństwo, że po kilku godzinach wszyscy będą mogli to zobaczyć na YouTubie albo Facebooku. Obywatele coraz częściej przeciwstawiają się przemocy ze strony policji. I wydaje mi się, że rzeczywiście tragiczna sprawa Igora Stachowiaka była tym punktem zwrotnym.
Od 2016 r. w wielu komisariatach zamontowano systemy monitoringu. Nie są one doskonałe, ale lepsze takie niż żadne. Wiele obietnic jednak pozostało niespełnionych. Ponadto dostrzegam rozprężenie po stronie rządzących. Sposób wypowiedzi wielu polityków sugeruje już, że wcale nie ma chęci do zwalczania wszystkich negatywnych zachowań w policji. Coraz więcej zależy od tego, w stosunku do kogo te niewłaściwe praktyki są stosowane. Brakuje też jakichkolwiek zmian w prawie, choćby wspomnianego dodania przestępstwa tortur do kodeksu karnego. W ostatnich latach zmieniano kodeks wielokrotnie, szykowane są kolejne zmiany. Życzyłbym więc nam wszystkim, aby tę legislacyjnie drobną, ale życiowo istotną zmianę wprowadzić. Doprowadźmy w końcu do sytuacji, w której każdy zatrzymany będzie traktowany w ludzki sposób. I nie szukajmy żadnych usprawiedliwień dla patologii.