Elektroniczne bransoletki zakładane na kostkę u nogi więźnia miały szybko zlikwidować problem przeludnienia więzień i pozwolić na spore oszczędności w systemie więziennictwa. Miesiąc spędzony w zakładzie to wydatek nawet kilku tysięcy złotych. A ten sam czas odbywania kary w SDE kosztuje mniej. W dodatku skazany partycypuje zazwyczaj w wydatkach. Tyle że w tej chwili w Polsce karę odbywa w ten sposób zaledwie 113 osób.

– Rzeczywiście nie jest to najlepszy wskaźnik, ale z miesiąca na miesiąc zarówno wniosków, jak i samych odbywających taką karę jest coraz więcej. Jesteśmy więc nastawieni optymistycznie do jego przyszłości – przekonuje Joanna Dębek z biura prasowego Ministerstwa Sprawiedliwości.

Nikt nic nie wie

Mniej optymistyczni są eksperci. Wskazują na to, że choć prace nad wprowadzeniem systemu trwały prawie pięć lat, resort sprawiedliwości zaniedbał najważniejszą kwestię: edukację. W efekcie zaledwie jeden na dziesięć wniosków od skazanych (w ciągu roku było ich około 2 tys.) sądy uwzględniają. Główny powód? Niewiedza wnioskujących. Na karę w SDE nie mają szans recydywiści skazani po raz siódmy czy ósmy za ten sam czyn. Paweł Moczydłowski, były dyrektor Centralnego Zarządu Zakładów Karnych, podkreśla też, że problemem są sędziowie, którzy niechętnie zasądzają takie kary. Obawiają się bowiem oskarżeń o zbytnią pobłażliwość.

I tak zamiast oszczędności w systemie penitencjarnym mamy wydatki. Przez pierwsze pięć lat funkcjonowania SDE przy stuprocentowym wykorzystaniu zamówionych bransoletek resort sprawiedliwości wycenił koszty na blisko 200 mln złotych. – Za nieużywane bransoletki nie płacimy – zapewnia Joanna Dębek. Już wiadomo więc, że tak drogo nie będzie. Ale pozostają inne wydatki. Jednorazowo sprzęt potrzebny do startu systemu kosztował 22 mln zł. Kolejne 750 tys. zł to comiesięczny koszt eksploatacji centrali monitorowania systemu. Dotychczas z programu skorzystało 223 więźniów. To oznacza że jeden kosztował 100 tys. zł!

Minister pełen optymizmu

W grudniu 2009 roku resort sprawiedliwości szacował, że wystarczy wykorzystywać tylko jedną trzecią zamówionych bransoletek, by system zwrócił się już po 40 miesiącach. Były to nader optymistyczne szacunki. Po roku od wprowadzenia systemu działa tylko trochę ponad 5 proc. bransolet. Nie wiadomo więc, kiedy i czy w ogóle zainwestowane pieniądze zaczną się zwracać. O zapowiadanych oszczędnościach i wpływie na rozładowanie przeludnienia w zakładach karnych dziś zwolennicy systemu SDE milczą. I pewnie marzą, by kiedyś polski system funkcjonował tak dobrze jak ten brytyjski. Jednak droga do tego jest daleka.

Dozór tak, ale inaczej

prof. Marian Filar karnista

W USA czy Wielkiej Brytanii dozór elektroniczny jest pomyślany inaczej niż w Polsce. I tam jest on dosyć skuteczny. Używa się go w stosunku do osób, które mają orzeczony zakaz zbliżania się do innych osób, miejsc czy areszt tymczasowy. Kierowanie go tak jak u nas do skazanych na karę więzienia do jednego roku okazuje się nieskuteczne. Bo albo mają oni wyrok w zawieszeniu, albo wliczono do niego areszt.