Ekipa rządząca przyzwyczaiła nas do działań szybkich, kiedy jej to na rękę. Do błyskawicznych kampanii, które przynoszą szybkie zdobycze. Do brania twierdz (takiego np. Trybunału Konstytucyjnego) z zaskoczenia, a nie przez wielomiesięczne oblężenie. Jak uczy historia, takie podbite znienacka terytoria mogą się stać własnością agresora na lata. Albo nawet na zawsze… Niezależnie od protestów i oporu mieszkańców podbitych ziem, nieuznawania faktów dokonanych przez społeczność międzynarodową itd.
W wojnie o Sąd Najwyższy jest jednak inaczej. Kampania rozgrywa się od z górą roku i przypomina mi raczej wojnę szarpaną z elementami rozpoznania bojem. Uszczkniemy kawałek, zorientujemy się, czy możemy liczyć na szybki sukces. Na moment się cofniemy, pozwolimy sprawie przycichąć, zaatakujemy znowu. Proszę sobie przypomnieć, ile było odsłon tej kampanii. Ile razy ekscytowaliśmy się jakimś ruchem pozornie pokojowym. Jak prezydent urósł niemal do roli bohatera, wetując ustawę o SN. Zbójeckie prawo, którego niemal kopię przedstawił potem jako swoją inicjatywę legislacyjną. Przy uchwalaniu której zapał obrońców sądów był już zdecydowanie mniejszy (proszę porównać liczebność tłumu protestujących przy okazji uchwalania obu ustaw).
Z przykrością obserwuję u siebie całkowitą niewiarę w to, że jakiekolwiek zawieszenie broni może mieć znaczenie dla rozwiązania sporu albo przywrócenia działania podstawowego dla naszego kręgu kulturowego prawa do niezależnego sądu. Dlatego zupełnie nie zelektryzowała mnie wiadomość z ubiegłego tygodnia, że premier Mateusz Morawiecki spotkał się z I prezes SN prof. Małgorzatą Gersdorf. Wiadomość z piątku, że premier zaproponował złagodzenie warunków przechodzenia sędziów w stan spoczynku (mieliby o tym decydować inni sędziowie SN, a nie prezydent), powinna mnie wprawić w stan drżenia z podniecenia. Ręka wyciągnięta do zgody? To się tej ekipie nieczęsto zdarza. Zwłaszcza że prezes Rady Ministrów pofatygował się osobiście do gabinetu pani I prezes SN, a przecież jeszcze chwilę wcześniej była ona w obowiazującej polityków PiS narracji byłą I prezes.
Reklama
A jednak nie. Od razu pomyślałem, że to kolejna gra na zwłokę. I że lada dzień, a na pewno przy kolejnej nowelizacji ustawy o SN (która to już?) dowiemy się, że nic z tego.

Reklama
Jedno mnie zastanowiło. To, że był to właśnie premier Morawiecki. Do tej pory w walce o sądy nie stał na pierwszej linii. Jeśli mnie pamięć nie myli, to zaktywizował się dopiero w lipcu, opowiadając posłom PE o wciąż niezlikwidowanym w Polsce postkomunizmie. A przy okazji kolejnej nowelizacji (tej, która… miała pozwolić wybrać jak najszybciej następcę prof. Gersdorf) stwierdził, że „była I prezes Sądu Najwyższego nie jest już dzisiaj I prezes SN,”. I że nowelizacja ma załatwić ten problem w sposób legislacyjny, bo „każde poważne państwo musi sobie z tym w jakiś sposób poradzić”.
Kolejna zmyłka czy zapowiedź zmiany generała?