Ruch akademicki, który zastąpił Komisję Kodyfikacyjną Prawa Cywilnego, jest w pełni niezależny. To uwalnia nas od moralnych dylematów, co z uwagi na sytuację polityczną można robić, a czego nie – mówi prof. Fryderyk Zoll
Fryderyk Zoll, prof. UJ i prof. Uniwersytetu w Osnabrück, członek KKPC w latach 2011–2015 / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama

Reklama
Podczas jednej z konferencji naukowych powiedział pan, że nie żałuje, iż Komisja Kodyfikacyjna Prawa Cywilnego została rozwiązana. Bo w jej miejsce powstało coś lepszego, a mianowicie ruch akademicki, który ma być platformą współpracy katedr w zakresie kodyfikacji prawa cywilnego. Prace w ramach tej nieformalnej struktury już się toczą. Czy taka formuła się sprawdza?
Komisja kodyfikacyjna była zawsze wąskim ciałem. Wielokrotnie toczyły się dyskusje dotyczące jej składu personalnego. Dywagowano, kto powinien się w niej znaleźć. Poza tym z wielu względów współpraca w ramach KKPC w dotychczasowym modelu byłaby niemożliwa. Ruch akademicki jest z kolei taką płaszczyzną, która stwarza szansę na szerszą akademicką legitymację prac nad kodyfikacją prawa cywilnego. To prawdziwa platforma wymiany myśli i pole do debaty nad rozważnymi i długotrwałymi zmianami.
Czy nie obawia się pan jednak, że taka inicjatywa, pozbawiona organizacyjnego i finansowego wsparcia, może spowolnić tempo prac?
Czas nas nie goni. Osobiście nie widzę potrzeby bardzo szybkiej kodyfikacji. Mogłoby to wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Kodyfikacja po prostu wymaga czasu. Oczywiście KKPC przez to, że mogła sobie pozwolić na taką sformalizowaną, regularną pracę, załatwiała pewne kwestie szybciej, ale miało to też swoje koszty. Przez to, że projekty nie przechodziły przez szerokie forum dyskusyjne, były z różnych powodów atakowane. Czasami zasadnie, ale często niesłusznie. Liczę więc na to, że efekt końcowy naszych prac będzie o wiele łatwiej zaakceptować. Spodziewam się też, że uda się nam zauważyć o wiele więcej problemów, których tak wąskie grono nie byłoby w stanie dostrzec. Liczba zagadnień, które wymagają uregulowania, jest tak ogromna, że mała grupa mogłaby okazać się mniej efektywna. Z kolei dzisiaj powołanie w ramach struktury rządowej szerokiego zespołu ekspertów nie byłoby realne. Nasz ruch przez to, że jest w pełni niezależny, uwalnia nas również od moralnych dylematów, co można robić, a czego nie z uwagi na sytuację polityczną. Dlatego ten głęboki oddech, który możemy wziąć, służy całej sprawie. Nie oznacza to jednak wyhamowania prac.
Jakie macie plany?
Harmonogram działań, który został ustalony, jest napięty. Dwa razy do roku będziemy organizować konferencje plenarne. Najbliższa odbędzie się już na początku marca. W ciągu tego roku na pewno zostanie opublikowany projekt części ogólnej zobowiązań oraz zrewidowana część ogólna całego kodeksu. Komisja wykonała już bowiem pewne działania, które należy teraz zweryfikować i zdecydować, czy dalej idziemy w kierunku przez nią wyznaczonym. Zamierzamy też określić plan prac nad częścią szczegółową zobowiązań. Na tym etapie mamy już wiele zgłoszeń od osób, które chcą uczestniczyć w przygotowaniu tych regulacji. Prognozuję, że na przestrzeni dwóch lat uda nam się zakończyć prace nad częścią szczegółową. Jednak przede wszystkim będziemy się zastanawiać, jaka struktura kodeksu pozwoliłaby dopasować ten akt do szybko zmieniającej się rzeczywistości. Musimy stworzyć taką kodyfikację, która będzie mogła absorbować prawo unijne i zmiany technologiczne. Za ogromny sukces uważam jednak już samo stworzenie szerokiej formuły współpracy międzykatedralnej w Polsce. W naszym kraju jest bowiem problem z mobilnością uczonych.
Na czym w zakresie zobowiązań będziecie się skupiać?
Są projekty dwóch dyrektyw, które będą wpływać na nasze prace. Pierwszy dotyczy sprzedaży na odległość i ma działać obok dyrektywy o sprzedaży konsumenckiej. Problem polega na tym, że ta dyrektywa ma być w pełni zharmonizowana. To powoduje, że obecne rozwiązania zawarte w art. 560 k.c., zgodnie z którymi konsument może od razu odstąpić od umowy lub złożyć oświadczenie o obniżeniu ceny, byłyby niedopuszczalne w zakresie sprzedaży na odległość. To bardzo komplikowałoby cały system. Musimy się zastanowić, jak tę kwestię sensownie rozwiązać.
Druga to dyrektywa o dostarczaniu treści cyfrowych. Rozwiązania przewidziane w tym projekcie przecinają tradycyjne typy umowy, dlatego on też musi zostać uwzględniony w dyskusji na temat kształtu części szczegółowej zobowiązań. Kwestie tych dwóch dyrektyw trzeba będzie bardzo poważnie przemyśleć. Muszą się one znaleźć w kodyfikacji, ponieważ są to dyrektywy maksymalne, które nie zostawiają wiele pola dla ustawodawcy.
Były propozycje, aby do kodeksu cywilnego włączyć prawo rodzinne jako odrębny dział. Czy zamierzacie kontynuować prace w tym zakresie?
Nasze działania nie obejmują na razie prawa rodzinnego. Różne były powody, dla których znalazło się ono poza kodeksem i jakby nie patrzeć, to nadal pewne ważne racje uzasadniające taką odrębność istnieją. Poza tym nie chcielibyśmy, aby dyskusja nad nowoczesnym kodeksem cywilnym została od razu zdominowana przez nierozwiązywalny na poziomie legislacyjnym, a jedynie na poziomie politycznym, problemem dotyczący np. kształtu rodziny.
Do dyskusji w ramach tej nowej struktury chcieliście włączyć też praktyków. Udało się?
Zaproponowana przez nas formuła jest bardzo otwarta. Praktycy na pewno będą się pojawiać. Zostaną taką instancją sprawdzającą, ale najpierw musimy wypracować konkretne rozwiązania na podstawie intensywnych badań prawnoporównawczych i analizy regulacji prawa UE. Jeżeli jednak ktoś uważa, że działamy w wyizolowanym akademickim świecie, to jest w błędzie. Wiele osób, które uczestniczą w pracach ruchu, to są nie tylko naukowcy, ale i praktycy.
Coraz częściej pojawiają się twierdzenia o zmierzchu idei kodeksu jako ustawy fundamentalnej dla danej dziedziny prawa. Pan jest zwolennikiem kodyfikacji?
Tak. Zawsze jednak pojawia się pytanie o jej kształt. Pewnym błędem prac, które się toczyły do tej pory, było zbyt szybkie założenie, że struktura pandektowa, zastosowana w kodeksie z 1964 r., powinna zostać utrzymana. Ma ona oczywiście swoje plusy, ale również niezmiernie usztywnia cały system. Dlatego kodeks przyszłości musi być trochę inaczej zbudowany. Powinien być bardziej otwarty, przede wszystkim na dodawanie nowych części i na zmiany, które nie naruszałyby całej jego struktury. To wymaga prac koncepcyjnych. Kodyfikacja w naszym systemie kulturowym jest ważna, zapewnia bowiem usystematyzowany dostęp do prawa. Niektóre dziedziny, które pozostają poza kodyfikacją, są w pewnym zakresie zaniedbane.
Komisja kodyfikacyjna była zawsze wąskim ciałem. Wielokrotnie toczyły się dyskusje dotyczące jej składu personalnego. Przez to, że projekty nie przechodziły przez szerokie forum dyskusyjne, były z różnych powodów atakowane. Czasami zasadnie, ale często niesłusznie